wtorek, 11 marca 2014

Rozdział dwudziesty

  Podeszłam bliżej i dotknęłam czekoladek leżących na stole, które właśnie zobaczyłam.
- Są prawdziwe! - zapiszczałam.
  Wzięłam je do ręki, mając nadzieję, że pod pudełeczkiem znajdę jakiś wyjaśniający liścik, ale niczego takiego nie było. Miałam jednak pewność od kogo je otrzymałam. Tą osobą był bezdyskusyjnie Zayn.
  Otworzyłam pudełeczko z moimi ulubionymi czekoladkami i włożyłam do buzi jedną z nich. Wtem przyszło mi na myśl, że muszę czym prędzej pójść do Malików i wybadać sprawę. Co jeśli Zayn wrócił i sam dostarczył ten słodki prezent? Ma klucze do mojego mieszkania, więc nie mógłby to być nikt inny!
  Już chciałam biec, kiedy oprzytomniałam. Wciąż przecież miałam na sobie dresy i czarną, zabrudzoną bluzkę z znakiem batmana, które służyły mi za piżamę, a Liam w najlepsze spał w moim pokoju. Nie chciałam go budzić. Zawsze tak uroczo wygląda, kiedy ma zamknięte oczy, a usta wygięte w półuśmiechu.
  Postanowiłam przejrzeć ubrania Payne'a, które znajdowały się w szafie, w pokoju naprzeciw mojego. Przedostałam się więc, jak najciszej potrafiłam, do swojego celu i otworzyłam drewniane drzwiczki. W ręce wpadła mi czarna bluza z addidasa. Odłożyłam ją na ziemię. Górną garderobę miałam zapewnioną, ale co z spodniami? Zaczęłam szukać głębiej. Wygrzebałam czarne rurki, dosyć obcisłe. Natknęłam się przy okazji na pasek, więc pomyślałam, że sprawę z spodniami mam załatwioną. Rozebrałam się z swojej piżamy i narzuciłam na siebie ubrania Liego. Wyglądałam w nich jak worek na śmieci, ale lepsze to, niż pokazanie się ludziom w tym, w czym śpisz. Zabrakło mi tylko skarpetek. Już po mnie - pomyślałam, szperając w bieliźnie szatyna.
  Gotowa zeszłam na dół. Przy wejściu ubrałam swoje trampki i wyszłam z mieszkania, nabierając w płuca świeżego powietrza. Pogoda była dziś całkiem ładna. Słońce przygrzewało szare chodniki, a po niebie płynęła garść białych, puszystych chmur. W końcu ruszyłam. W dwie minuty dotarłam pod drzwi mieszkania Malików i ostrożnie nacisnęłam na dzwonek.
  Otworzyła mi Doniya.
- Wyglądasz śmiesznie - skomentowała mój strój, otaksowując mnie wzrokiem.
- Wiem, wiem - machnęłam ręką. - Jest Zayn?
- Kath? Dobrze się czujesz? - spytała zmartwionym głosem, poważniejąc na twarzy.
- Dostałam dziś od niego czekoladki, moje ulubione czekoladki. W dodatku leżały w kuchni na stole. Nikt poza nim i mną nie ma kluczy do mojego mieszkania. To musiał być on.
- Dziwna sprawa - zmarszczyła czoło. - Wciąż nie wrócił, a mama ciągle powtarza, że u niego wszystko w porządku.
  Rozległy się kroki. Kilka sekund później, obok siostry Mulata, stanęła pani Trisha.
- Dzień dobry - odezwałam się.
- Dzień dobry, Katherine - uśmiechnęła się jak zwykle.
- Czy ma pani jakieś nowe wieści o Zaynie?
- Chodzi ci o te czekoladki, prawda? - zachichotała. - Poprosił mnie, bym ci je zostawiła. Dał mi namiary na klucz do twojego domu, więc weszłam tam wczesnym rankiem i zostawiłam słodycze w kuchni.
- Dlaczego kazał pani to zrobić? - zdziwiłam się.
- Chciał być miły - wzruszyła ramionami.
- Och - wyrwało mi się. - No nic, pójdę już. Miłego dnia.
- Musimy się wybrać kiedyś na zakupy! - zawołała za mną Doniya.
- Nie ma sprawy!
  Weszłam do mieszkania i zamknęłam drzwi. Osunęłam się po nich na podłogę, zastanawiając się, co to wszystko ma znaczyć? Na cholerę Malik kazał swojej mamie dostarczyć mi moje ulubione czekoladki? Dlaczego wciąż o mnie myśli, skoro nazwał mnie dziwką i sam doprowadził do naszego rozstania?
  W takim stanie zastał mnie Liam, który dostrzegł moje skulone ciało, schodząc ze schodów. Natychmiast podszedł do mnie z zatroskaną miną, pytając:
- Wszystko w porządku?
  Wytłumaczyłam mu co się wydarzyło podczas jego snu.
- Może do niego zadzwonisz? - zaproponował.
- Nie liczyłabym na to, że odbierze - mruknęłam, przeczesując ręką włosy.
- Zaryzykuj - odparł.
- Może później. Teraz chcę spędzić miły dzień w twoim towarzystwie - uniosłam lekko kąciki ust do góry, próbując skupić swoje myśli wokół nadchodzących atrakcji.
- Miły? - spojrzał na mnie z udawaną obrazą. - Uważasz, że powinienem puścić w niepamięć fakt, że bez mojej zgody zabrałaś moje ubrania i paradowałaś w nich przed innymi? - uniósł jedną brew do góry, wciąż próbując zachować poważny wyraz twarzy.
- Powinieneś być mi wdzięczny, że pozwoliłam ci na dłuższą drzemkę - uśmiechnęłam się szczerze.
- Okej, w takim razie zapominam o sprawie - zaśmiał się dźwięcznie, co sprawiło, że ucieszyłam się jeszcze bardziej z następnych kilku godzin w jego towarzystwie. - Swoją drogą, wyglądasz naprawdę atrakcyjnie w moich ciuchach.
- To znaczy, że będę mogła nosić je częściej?
- Zapomnij! - wstał z klęczków, wyciągając do mnie rękę.
- Przed chwilą wspomniałeś.. - uścisnęłam jego dłoń, podnosząc się do góry.
- Ale wcale nie miałem na myśli, że możesz brać sobie moje ubrania bez pozwolenia.
- A z pozwoleniem? - zachichotałam. Bawiło mnie to, jak bardzo starał się udawać oschłego kolesia.
- To już inna sprawa - skinął głową. - Masz ochotę na kanapki czy płatki śniadaniowe?
- Może przyrządzimy wspólnie kanapki? - zaoferowałam.
- Czemu nie - odrzekł, kierując się do kuchni.
  Po śniadaniu oddałam ciuchy Payne'owi i zajrzałam do swojej szafy, wyciągając z niej jasne rurki, szarą bokserkę oraz malinowy sweterek. Wpadłam jeszcze do łazienki, za nim znalazłam się przed drzwiami mieszkania.
- Więc zakupy? - odezwałam się, zakładając na ramię swoją torebkę.
- Zakupy - skinął głową, wychodząc na zewnątrz.
  Podczas drogi do centrum handlowego, prowadziliśmy luźną rozmowę. Głównym tematem była piątkowa impreza u Andy'ego. Z początku nie bardzo chciałam iść, wiedząc jak skończyła się ona ostatnim razem, ale pomyślałam, że to dobry sposób na odreagowanie wydarzeń z ostatniego dnia i czekających mnie jeszcze kilku następnych, które również mogą mnie nieźle zaskoczyć.
  Zanim znalazłam odpowiednią sukienkę dla siebie musieliśmy zwiedzić co najmniej osiem sklepów. Ku mojemu zaskoczeniu, Liam ani razu nie wyraził swojej niechęci do dalszego chodzenia po sklepach.
- A ta ? - spytałam.
- Wyglądasz w niej naprawdę cudownie! - zagwizdał.
  Obejrzałam się po raz szósty i stwierdziłam, że mój obrońca naprawdę ma rację. Podobała mi się, a ja wyglądałam w niej olśniewająco. Bez większego namysłu, postanowiłam ją kupić, wyobrażając sobie uwagę, jaką będę ściągać, gdy założę ją na piątkową imprezę.
- Wreszcie przyszedł czas na lody! - zawołał zadowolony, kiedy odchodziliśmy od lady.
  Oboje zamówiliśmy duży, truskawkowy puchar lodowy. Następnie zajęliśmy jeden z wolnych stolików, śmiejąc się przy tym z śmiesznie ubranej kobiety, która siedziała niedaleko nas.
- Liam?
- Mhm?
- Wiem, że zaraz po lunchu mieliśmy pójść na wieczorny spacer, ale chciałabym zaprosić Martinę. Muszę z nią pilnie porozmawiać, a nie wiem czy w szkole będzie ku temu okazja.
- Nie ma sprawy - uśmiechnął się. - Czy mogę chociaż wiedzieć, o czym będzie ta pilna rozmowa? - uniósł swoją brew do góry, bawiąc się przy tym bukietem kwiatów, które zostały postawione na środku stolika.
- Muszę się dowiedzieć jaka jest jej wymarzona randka - odpowiedziałam, rozglądając się za kelnerem. Naprawdę miałam ochotę na lody, a one wciąż nie były gotowe.
- Tylko nie mów, że chcesz się z nią umówić? - zaśmiał się.
- Znów te twoje głupie teorie - wywróciłam teatralnie oczami. - Harry chce ją zabrać na drugą randkę. Żeby jej zaimponować, choć bez potrzeby, bo ona naprawdę jest w niego zapatrzona jak w obrazek, chciałby, żeby to była ta jej wymarzona randka. Lub po części ją przypominała - wytłumaczyłam.
- Rozumiem - skinął. - A ty masz swoją wymarzoną randkę?
- Jak każda dziewczyna.
  Naszą konwersację przerwało nadejście kelnera. Rozłożył przed nami zamówione lody i życząc smacznego, odszedł.
- Więc jak ona wygląda? - powrócił do tematu, zabierając łyżeczkę w dłonie.
- Nie jesz widelcem? - zdziwiłam się.
- Nie lubię kiedy ludzie się patrzą. Postaram się myśleć, że trzymam w dłoni widelec.
- To głupie, że przejmujesz się innymi.
- Głupie jest też to, że boisz się opowiedzieć mi o swojej wymarzonej randce, gdyż przeraża cię myśl, że mógłbym cię wyśmiać.
- Wcale nie - powiedziałam, biorąc do buzi soczyście wyglądającą truskawkę.
- Więc słucham. - Nie dawał za wygraną.
- Dlaczego cię to interesuje, hm?
- Przyjaźnimy się. Chciałbym cię bliżej poznać - wzruszył ramionami.
- Och, no dobrze - westchnęłam. - Więc chciałabym, żeby chłopak przyszedł po mnie późnym wieczorem. Przemierzalibyśmy ulice Doncaster wtuleni w siebie. - Uśmiechnęłam się pod nosem, wyobrażając sobie mnie i Liego. - Zabrałby mnie na piknik, a potem leżelibyśmy na kocu i obserwowali gwiazdy, rozmawiając przy tym o różnych bzdurach.
- I tylko tyle? - zapytał zaskoczony. - Żadnego disney landu, latania samolotami czy innych tego typu rzeczy?
- Nie oczekuję czegoś nierealnego. Poza tym leżenie pod rozgwieżdżonym niebem jest mega romantyczne, w przeciwieństwie do zwiedzania disney landu.
- Racja - przyznał.
  W chwilę potem do stolika podeszła jakaś dziewczyna. Krzyknęła ,,Liam?!'' i oboje rzucili się sobie w ramiona. Byli bardzo zachwyceni swoim widokiem.
  Jak mogę myśleć o Zaynie i jednocześnie być zazdrosną o Payne'a?
  Z rozmyśleń wyrwał mnie głos szatyna.
- Kath, poznaj moją kuzynkę, Eve - skierował swój wzrok na mnie, a ona podała mi dłoń, którą delikatnie uścisnęłam. - Ostatnio widzieliśmy się z rok temu, co? - zwrócił się do niej.
  Zaśmiałam się w duchu. Byłam zazdrosna o jego kuzynkę! Cała ta zazdrość na coś mi się jednak przydała. Mianowicie uświadomiła mi, że nieważne jak bardzo mogę tęsknić za Malikiem, Liam stał się dla mnie ostatnio cholernie ważny.
- To twoja dziewczyna? - odezwała się Eve, siadając obok swojego kuzyna.
- Przyjaźnimy się - odpowiedziałam.
- Więc tak się to teraz nazywa - poruszyła zabawnie brwiami. - Czym się zajmujesz, Kath?
- Jestem bibliotekarką na uniwersytecie, do którego uczęszcza Payne - odparłam, dalej zajadając się porcją lodów. - A ty?
- Jestem fotografem. Dlatego rzadko bywam w rodzinnym Doncaster. Wciąż wysyłają mnie na różne festiwale, imprezy czy pokazy - westchnęła.
- Pewnie zwiedziłaś już połowę kuli ziemskiej - rzuciłam.
- Zgodzę się - potwierdziła, kradnąc mojemu obrońcy trochę bitej śmietany.
- Hej! Zamów sobie - oburzył się.
- Gdybym miała odrobinę więcej czasu, to z chęcią, ale teraz muszę lecieć - spojrzała na zegarek, jednocześnie wstając. - Miło było cię poznać, Kath.
- Mnie również.
- Do zobaczenia, Leeyum - przeczesała ręką jego idealnie ułożone włosy.
- Prześlę ci esemesem mój nowy adres - powiedział.
- Wyprowadziłeś się od rodziców? - przystanęła na chwilę. - Zadzwonię i wszystko mi opowiesz! Narazie! - zawołała, prawie wybiegając z pomieszczenia.
- Leeyum? - zachichotałam.
- Bilion razy lepsze od Bo Bear!
  Dokończyliśmy swoje lody i płacąc po połowie za zamówienie, udaliśmy się do kina. Chłopak zarezerwował telefonicznie dwa bilety na Obecność. W co ja się wpakowałam? Kolejny horror, i to w dodatku na wielkim ekranie! Pięknie, Katherine.
  Usiedliśmy na wyznaczonych miejscach w rzędzie czternastym. Li kupił sobie popcorn i colę, twierdząc, że bez tego nie da rady obejrzeć żadnego filmu w kinie.
- Uważasz, że będzie straszny? - szepnęłam, kiedy na ekranie zaczęły pojawiać się reklamy.
- Mam taką nadzieję.
  Horror okazał się, jak dla mnie, przerażający. Twarz demona, który wstąpił w tą kobietę, na dużym ekranie, wywołała u mnie atak pisków i krzyków, na co mój towarzysz wybuchnął śmiechem. On zwyczajnie był odporny takie widoki.
  Wyszłam z kina, oddychając z ulgą.
- Beznadzieja - skomentował.
- Twoim zdaniem.
- Przecież to w ogóle nie było przerażające! No dobra, może odrobinę. Widziałem jednak o wiele lepsze horrory, od tego, który właśnie zobaczyliśmy.
- Chyba nie chcę ich zobaczyć - pokręciłam przecząco głową.
  Znaleźliśmy się w restauracji. Zajęliśmy miejsca przy wolnym stoliku i zaczęliśmy przeglądać menu. Mniej więcej pięć minut zajęło nam wybranie czegoś apetycznego.
- Zadzwonię do Martiny.
  Wyciągnęłam telefon i wybrałam jej numer. Podniosła słuchawkę po trzech sygnałach.
- Hej, Kath! - Usłyszałam jej miły ton.
- Hej. Słuchaj, masz ochotę wpaść dziś do mnie? Dawno nie widziałyśmy się, tak poza uniwerkiem.
- Jasne! Będę o 19.
- Do zobaczenia! - rzuciłam, rozłączając się.
- Więc cały wieczór będę musiał przesiedzieć w swoim nudnym pokoju.
- Jeżeli przebierzesz się za dziewczynę i opowiesz o swojej wymarzonej randce, możesz do nas dołączyć - uniosłam kąciki ust do góry.
- I jak miałbym na imię?
- Lia - odrzekłam po krótkim namyśle.
- Niezłe. Tylko będę musiał pożyczyć twoje ciuchy.
- Po moim trupie!
- Przypominam ci, że ty pożyczyłaś dziś moje, i to bez pozwolenia.
- To zupełnie co innego! Miałam powód!
- Och, więc ja też mam. Umrę z nudów, jeśli z wami nie posiedzę - spojrzał na mnie błagalnie.
- Zapomnij, Leeyum.
  Po posileniu się, wyszliśmy na zewnątrz, omawiając zajęcia, jakie mógłby wykonać szatyn pod obecność mojego gościa. Zmierzaliśmy już ku domowi. Szkoda, że musiałam odwołać spacer z Payne'm. Miałam cichą nadzieję, że właśnie podczas wieczornego przechadzania się po parku, zbliżymy się do siebie jeszcze bardziej. Jednak naprawdę chcę pomóc Harry'emu, który już wiele razy pomógł mnie. Kiedyś musiał nadejść ten czas, w którym się mu odpłacę.
- Chcesz jutro pójść do pracy?
- Nie mogę wiecznie uciekać od problemów. Wrócę i zmierzę się z wszystkimi oszczerstwami i plotkami na mój temat.
- To dobry pomysł - przytaknął. - Ale nie pozwolę, by cię wyśmiewano. Będę cały czas przy tobie i w razie potrzeby, obiję którąś buzię.
- Jesteś kochany.
  Po drodze do mieszkania, wpadliśmy do wypożyczalni filmów i zdecydowaliśmy się na kilka, chcąc w niedzielę urządzić mały maraton filmowy. Przy okazji wypożyczyłam nam Randkę z gwiazdą na dzisiejszy wieczór, by bez podejrzeń wypytać Stoessel o potrzebne mi informację.
  Uprzątnęłam odrobinę w salonie, zrobiłam popcorn i nalałam nam napoje. Wyrobiłam się dosłownie przed przyjściem Martiny, która na powitanie rzuciła mi się w ramiona, jeszcze raz dziękując za wszystko co dla niej robię.
- Oglądałaś już Randkę z gwiazdą? - spytałam, siadając na kanapie.
- Nie - pokręciła przecząco głową.
- To dobrze się składa!
  Włożyłam płytę do odtwarzacza DVD i odrobinę zwiększyłam głośność. Siedziałyśmy obok siebie, pożerając garściami biały popcorn, który w chwilę potem popijałyśmy colą.
  Po filmie przyniosłam nam cały talerz różnych rodzajów ciastek.
- I co sądzisz? - odezwałam się, częstując się przekąską.
- Niezły - skinęła, również się częstując.
- Skoro już mowa o randkach.. Gdybyś grała w filmie i miałabyś pójść na swoją wymarzoną randkę, jak ona by wyglądała?
- Od zawsze marzyłam, żeby obejrzeć zachód słońca w jakimś ładnym miejscu, przytulona do boku chłopaka, na którym będzie mi naprawdę zależało - odpowiedziała, zupełnie nic nie podejrzewając.
- Romantycznie - skomentowałam, upijając łyk napoju.
  Martina posiedziała u mnie do godziny dwudziestej drugiej, a następnie pożegnała się i opuściła mieszkanie. Ja natomiast, posprzątałam z salonu naczynia oraz leżący na podłodze popcorn i opadłam na kanapę, zastanawiając się, czy powinnam zastosować się do rady Liama i zadzwonić do Malika. Bo w końcu, co miałam do stracenia? Jeśli nie podniesie słuchawki, trudno. Próbowałam. Jeśli jednak odbierze, dowiem się przynajmniej, dlaczego poprosił panią Trishę o dostarczenie dla mnie moich ulubionych czekoladek i wypytam, co jeszcze wobec mnie planuje.
  Nie zastanawiając się dłużej, wybrałam numer do Zayna i przyłożyłam telefon do ucha, wsłuchując się w sygnał, oznaczający próbę nawiązania połączenia.

______________________________________________
Od autorki: Witam w to przepiękne popołudnie! Czuję się, jakbyśmy mieli co najmniej kwiecień! Achh już tak blisko do czerwca! Jeszcze tylko 111 dni i koniec roku szkolnego ♥
 20 rozdziałów za nami! Jak wam się podoba okrągła dwudziestka? Spodziewaliście się, że to, co zobaczyła Kath będzie miało związek z Zaynem? Podobała wam się akcja z ciuchami Payne'a? Czy Eve odegra jakąś większą rolę? A wreszcie.. Czy Malik odbierze telefon i odpowie na wszystkie pytania zadane przez Kath? Czekam na wasze propozycje! KOMENTUJCIE, bo to naprawdę mnie motywuję, a wiem, że stać was na więcej komentarzy niż jedynie 19.
 Miłego dnia, bąbelki. x

piątek, 7 marca 2014

Rozdział dziewiętnasty

- Co tutaj robisz? - wykrztusiłam z siebie, decydując się na wpuszczenie gościa do środka.
- Przyszłam z tobą porozmawiać, córeczko.
  Zamknęłam drzwi. Wskazałam na salon, do którego udała się moja rodzicielka. Zanim i ja się w nim znalazłam, wpadłam do kuchni.
- Liam mogłabym cię prosić o przyrządzenie dwóch kaw? Rozpuszczalne z dwoma łyżeczkami cukru i mlekiem - spojrzałam na niego proszącym spojrzeniem.
- Nie ma sprawy - uśmiechnął się lekko, zaczynając wykonywać mogą prośbę. - Kath? - odezwał się, kiedy miałam odejść.
- Tak?
- Czy ta kobieta to..
- Moja mama? Tak - skinęłam głową.
- Wszystko w porządku? - spytał zmartwiony.
- Jak najbardziej - odparłam szczerze.
  Nabierając powietrza w płuca, podążyłam do salonu. Mama siedziała w fotelu, a ja zajęłam miejsce na kanapie, poprawiając przy okazji poduszki.
- Więc? O czym przyszłaś ze mną porozmawiać?
- Ładnie tutaj. - Puściła moje pytania mimo uszu. - Mieszkasz z swoim chłopakiem?
- Jest moim przyjacielem - odpowiedziałam, próbując opanować targające mną emocje.
- Pozostawię ten temat na później - zachichotała.
- Mamo.. Możesz przejść do sedna?
  W salonie zjawił się szatyn. Przywitał się z gościem, odłożył tacę z napojami oraz talerzem ciastek i odszedł. Zapragnęłam jego obecności, ale wiedziałam, że była ona nieodpowiednia w tej sytuacji.
- Katherine ja.. - westchnęła, chowając twarz w dłonie. - Przestałam pić. Skończyłam z tym, córeczko.
- Gratulacje. Przyszłaś mi się pochwalić? - zakpiłam, biorąc w swoje ręce kubek z kawą.
- Chcesz poznać powód, dla którego rzuciłam alkohol?
- Słucham. - Szczerze mówiąc byłam ogromnie ciekawa. Nie przestała pić, kiedy opieka społeczna odebrała jej własne dzieci, więc co takiego się wydarzyło, co skłoniło ją do powrotu na dobrą drogę?
- Jestem.. Chora na raka. Nieuleczalnego. Zostało mi kilka tygodni życia - powiedziała. Zauważyłam, że w jej oczach gromadzą się łzy.
- To dziwne, że wiedząc o czymś takim, nie popadłaś w jeszcze gorszy nałóg - odparłam, upijając łyk gorącego napoju.
- W ogóle się tym nie przejęłaś, prawda?
- Jesteś zaskoczona? - zaśmiałam się kpiąco. - A ty przejęłaś się, kiedy brano mnie i Lou do sierocińca?
 - Byłam wtedy pijana, nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji. - Jej głos drżał, a z oczu wypływały łzy.
- Ale kiedyś musiałaś wytrzeźwieć. Nie przyszło ci wtedy na myśl, że trzeba nas odwiedzić? Zapewnić nam, że rzucisz to świństwo w cholerę i postarasz się o odzyskanie nas? - dopytywałam, przypominając sobie początki pobytu w bidulu, kiedy czekałam przy oknie, aż mama po nas wróci.
- Wydawało mi się, że znienawidziliście mnie za to wszystko, dlatego rzadko chodziłam trzeźwa. Chciałam zapomnieć o tym do czego doprowadziłam i jak złą matką się stałam - pokręciła głową, ścierając rękoma swoje mokre policzki.
- Nie masz pojęcia jak bardzo chciałam cię zobaczyć, przytulić i usłyszeć twój kojący głos, mówiący, że wszystko będzie dobrze. - Poczułam jak i we mnie wzbierają się łzy. - Louis od początku wiedział, że nie wrócisz. Był starszy, więcej rozumiał. Ale pomimo tego, wciąż zapewniał mnie, że wrócisz, rozbudzał we mnie nadzieję, która potem, zabijała mnie od środka.
- Przepraszam.. - wykrztusiła, po czym uniosła głowę, by powstrzymać wypływającą ciecz. - Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, wiem. Ale czuję, że Bóg zesłał mi śmierć, bym zrozumiała wszystkie swoje błędy i poprosiła was o przebaczenie.
- I myślisz, że po tym, co usłyszałam, tak po prostu rzucę ci się w ramiona i spędzę z tobą ostatnie dni twojego życia? Grubo się pomyliłaś, mamo.
- Skarbie, ja..
- Wyjdź. Nie mam ochoty dłużej na ciebie patrzeć - rzuciłam, ruszając na górę.
  Ból jaki rozrywał moją klatkę piersiową był nie do opisania. Wizyta rodzicielki sprawiła, że dawne cierpienie na nowo powróciło.
  Usłyszałam pukanie do drzwi.
- Kath, mogę wejść?
- Zostaw mnie samą, Li.
  Puścił moją uwagę mimo uszu, dokładnie wiedząc, że teraz najbardziej potrzebuje jego obecności i wszedł po pokoju. Zamknął starannie drzwi i podszedł, przytulając mnie do siebie. Wtuliłam się w jego silne ramiona, wybuchając kolejną dawką płaczu.
- Ona naprawdę myślała, że głupie ,,przepraszam'' i ,,mam raka'' sprawią, że zapomnę o tych wszystkich latach jej nieobecności? - Przylgnęłam do jego piersi.
- Opowiesz mi o waszej rozmowie? Nie chciałem podsłuchiwać, bo pomyślałem, że się wkurzysz. - Odsunął się lekko i podniósł mój podbródek, zmuszając, bym spojrzała mu w oczy.
- Na ciebie? Zwariowałeś? - przewróciłam oczami. Westchnęłam, a następnie starłam z policzków nowe łzy. - Mama przyszła, by obwieścić mi, że ma raka. Uznała, że Bóg tak zadecydował. Choroba miała jej pomóc w zrozumieniu błędów jakie popełniła w przeszłości i postaraniu się o wybaczenie ze strony swoich dzieci.
- Nie przejęłaś się tym, że za jakiś czas już jej nie będzie, prawda?
- Podczas pobytu w sierocińcu przyzwyczaiłam się do myśli, że jest dla mnie nikim. Nie próbowałam wracać do wspólnych momentów, nie zastanawiałam się co robi i czy jeszcze o nas pamięta. Po prostu wymazałam ją ze swojego życia.
- To było najłatwiejsze rozwiązanie - skomentował, zakładając kosmyk moich włosów za ucho.
- Mhm - spuściłam wzrok, zaczynając bawić się swoimi palcami.
- Co zamierzasz?
- Muszę porozmawiać z Tommo. Jestem pewna, że najpierw poszła do niego. Chcę wiedzieć co on o tym wszystkim myśli.
- To dobry plan - przyznał. - Co zrobisz jeśli Lou jej wybaczy?
- On? - podniosłam oczy na jego twarz - Prędzej mógłbyś się tego spodziewać po mnie.
- A wybaczysz jej? - uniósł jedną brew do góry.
- Zwariowałeś? Po tym wszystkim co mi zrobiła, po tych wszystkich zapłakanych nocach i dniach, mam tak po prostu rzucić się jej w ramiona?
- Posłuchaj.. - westchnął, robiąc krótką przerwę przed kolejnymi słowami. - Twoja mama popełnia duży błąd, zgadzam się. Ale po latach go zrozumiała i zdobyła się na odwagę, by tutaj przyjść i z tobą porozmawiać. - Chciałam coś powiedzieć, ale dał mi znać, bym mu nie przerywała. - A teraz spójrz na moją mamę. Od ponad tygodnia ze mną nie rozmawia, ba, nawet nie ma pojęcia, gdzie jestem i jak sobie radzę. Ma to w dupie, bądźmy szczerzy. Zresztą nie tylko ona, bo mój ojciec i dwie siostry również.
- Do czego zmierzasz? - zmarszczyłam czoło.
- Do tego, że powinnaś przemyśleć całą tę akcję. Nie mówię, że masz przyjąć przeprosiny swojej rodzicielki tak od razu, ale spróbować z nią porozmawiać i wyjaśnić sobie parę spraw.
- Nie przeżyłeś tego, co ja! Nie masz pojęcia jakie zgotowała mi piekło! Nie wiesz ile bólu sprawia mi jej obecność w moich myślach! Niczego nie rozumiesz, Liam! - krzyczałam, wstając z łóżka. - Myślałam, że będę miała w tobie wsparcie. Pomyliłam się.
  Złapałam za swój telefon, leżący w kuchni oraz torebkę, wiszącą przy drzwiach. Nałożyłam swoje trampki, narzuciłam kurtkę i wyszłam z mieszkania. Ruszyłam w stronę domu Tommo, by tam odnaleźć zrozumienie, jakiego oczekiwałam ze strony Payne'a.
  Droga zajęła mi mniej więcej dwadzieścia minut. Po upływie tego czasu znalazłam się pod drzwiami swojego brata. Weszłam bez pukania, jak zawsze.
- Louis? Alice? - zawołałam, ale odpowiedziała mi cisza.
  Zajrzałam do kuchni - nic. W salonie, łazience oraz na tarasie również nikogo nie znalazłam. Podążyłam, więc na górę. Najpierw postanowiłam sprawdzić pokój Lou, co było strzałem w dziesiątkę. Zastałam go siedzącego na łóżku i pochłoniętego w grze video. Usiadłam na skraju łóżka, ale ten nawet na mnie nie spojrzał.
- Więc mama też u ciebie była? - zaczęłam, rozbierając kurtkę.
  Nie odpowiedział. Wciąż udawał, że mnie nie ma.
- Daj spokój - przewróciłam oczami, odbierając mu dżojstik.
  Nie ruszył się.
- Lou, do cholery, powiedz coś! - zawołałam, potrząsając jego ciałem.
- Coś - mruknął pod nosem, odwracając ode mnie wzrok.
- Porozmawiaj ze mną. Jestem twoją siostrą. Jesteśmy jak jedność, pamiętasz?
  W końcu na mnie spojrzał. Jego oczy były puste, pozbawione tego blasku, który zawsze w nim uwielbiałam. Usta miał zaciśnięte w prosta kreskę.
  Ni stąd, ni zowąd, przytulił mnie mocno. Mama naprawdę musiała wywołać na nim dużą presję, ponieważ zachowywał się dokładnie tak samo, jak na początku naszego pobytu w bidulu. Kurwa! Dlaczego ona musiała zachorować na tego cholernego raka?
- Gdzie jest Alice? - zapytałam, pocierając dłonią jego plecy.
- Nie mogła ze mną wytrzymać. Nie mogła znieść tej pustki, więc poszła na spacer.
- Mam nadzieję, że wszystko z nią w porządku. - Oderwałam się od jego ciała. - Co o tym wszystkim sądzisz?
- Szczerze mówiąc, to nie wiem, Kath. Z jednej strony zdążyłem przywyknąć do tego, że nie ma jej w moim życiu. Ale z drugiej.. Wykazała się ogromną odwagą, przychodząc, przyznając się do błędu i przepraszając za zgotowanie nam piekła.
- Czekaj.. co? - wykrztusiłam zaskoczona. - Przejąłeś się jej losem, po tym jak przez tyle lat miała nas gdzieś?
- Wiem, że to jest zaskakujące, ale najwyraźniej do mnie dotarła. Była szczera, a wiesz jak bardzo cenię w sobie tę cechę.
- Louis, do reszty ci odbiło?! Nie spodziewałam się tego po tobie!
- Ja sam się nie spodziewałem - odparł.
- Myślałam, że ty mnie zrozumiesz jak nikt inny, ale okazałeś się dokładnie taki sam, jak Liam - pokręciłam głową, zabierając swoją kurtkę i wstając z łóżka.
- Przemyśl to, siostrzyczko. - Usłyszałam, za nim opuściłam jego pokój.
  Trzasnęłam drzwiami wyjściowymi, wychodząc na zewnątrz. Zaczerpnęłam trochę świeżego powietrza i ruszyłam w stronę placu zabaw. Pogoda była bardzo pochmurna i wietrzna, więc sądzę, że nie zastanę na nim żadnych dzieciaków.
  Całą drogę odtwarzałam wszystkie wydarzenia z dzisiejszego dnia; ośmieszenie ze strony Taylor, powrót mamy i niezrozumienie ze strony najbliższych. Miałam naprawdę okropny humor, na który lody z pewnością nie podziałałyby kojąco.
  Dotarłam na miejsce. Jak zwykle udałam się na huśtawkę. Usiadłam na niej i zaczęłam odbijać się od ziemi tak mocno, jak tylko potrafiłam. Potrzebowałam jakoś odreagować cały ten stres.
  Huśtanie się zajęło mi około pięciu minut. Po upływie tego czasu dostrzegłam Harry'ego, który zmierzał w moim kierunku. Co on tutaj robi?
- Obiecaj, że nie zabijesz Liama - odrzekł, podchodząc bliżej.
- Opowiedział ci co się wydarzyło, prawda?
- Zawiadomił mnie, że wyszłaś z mieszkania, nie mówiąc dokąd się udajesz. Dodał, że się bardzo o ciebie martwi - zajął miejsce na huśtawce, obok mojej - Zadzwoniłem do Lou. Powiadomił mnie, że wyszłaś dosłownie kilka sekund przed moim telefonem. Zastanowiłem się, więc gdzie mogłabyś być. Pomyślałem o placu zabaw i przyszedłem. Mam wielkie szczęście, że akurat tutaj postanowiłaś przyjść.
- To dowodzi, że naprawdę dobrze mnie znasz, skoro wiedziałeś, gdzie szukać.
- Nie od dziś jesteśmy przyjaciółmi - wzruszył ramionami. - Posłuchaj.. Nie chcę się z tobą kłócić. Proponuję petycję.
- Mającą na celu nie rozmawiać o mojej mamie? - uniosłam jedną brew do góry.
- Właśnie. Zgadzasz się?
- Niech stracę - mruknęłam, skupiając się na swoich nogach.
- Mam już pomysł jak zająć ci głowę - odezwał się, uśmiechając się lekko.
- Nie rozumiem? - przeniosłam wzrok na jego twarz, dostrzegając moje dwa ulubione dołeczki.
- Wiem, że do kolejnego weekendu pozostało mnóstwo czasu, ale nie chcę robić wszystkiego na ostatnią chwilę. Chciałbym cię prosić o pomoc w przygotowaniu drugiej randki dla Martiny. Na poprzedniej postawiłem na tradycję, rozumiesz, kolacja przy świecach i te sprawy. Ale teraz chciałbym spróbować czegoś nowego, chciałbym ją zaskoczyć - wytłumaczył, bujając się lekko.
- Naprawdę ją polubiłeś - zauważyłam.
- Myślę, że tak. Jest bardzo pozytywną osobą i w dodatku mamy podobne zainteresowania.
- Powtórzę się, ale.. bardzo mnie to cieszy - spróbowałam się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego raczej grymas.
- Więc? Masz jakiś pomysł?
- Sądzę, że dobrym krokiem będzie dyskretne podpytanie jej o wymarzoną randkę. Może w tym znajdziemy jakąś podpowiedź.
- Nieźle główkujesz.
- Yeah, w przeciwieństwie do ciebie, mam coś w głowie - pokazałam mu język.
- Przesadziłaś - zrobił smutną minę, wstał z huśtawki i podszedł do mnie, zaczynając łaskotać.
- Harry! Przestań! Przepraszam! - Między każdym wypowiedzianym słowem dało słyszeć się mój śmiech. - Daj spokój! Proszę! Hazz!
  W końcu odsunął się ode mnie i stanął naprzeciw, uśmiechając się łobuzersko. Poprawiłam swoje ubranie i walnęłam go z pięści w ramię.
- Dziękuję. że jesteś.
- I na dowód wdzięczności mi przywaliłaś? - oburzył się, łapiąc za bolące miejsce.
  Podeszłam do niego i lekko musnęłam jego policzek.
- Czy to jest wystarczające dowód wdzięczności, panie Styles?
- Owszem, tak - odparł nonszalancko.
  Korzystając z opustoszałego placu, weszłam na drabinki i zjechałam z zjeżdżalni. Chłopak z lokami na głowie spojrzał na mnie zaskoczony, po czym wzruszając ramionami, podążył za mną. Bawiliśmy się przy tym tak dobrze, że niemal zapomniałam, że przytrafiło mi się coś złego. Harry był niesamowitym człowiekiem i sądzę, że każda laska na uniwersytecie - ba! - na świecie, może teraz pozazdrościć Martinie, która najwyraźniej wpadła mu w oko.
- Wracamy? Zaczyna robić się ciemno - spytał, otrzepując się z piasku.
- Odprowadzisz mnie?
- Jasne!
  Ruszyliśmy w stronę mojego mieszkania.
- Nie masz żadnych zadań domowych? Nie chcę żebyś przeze mnie rezygnował ze szkoły.
- Spokojnie, Kath. Martwisz się o to, o co najmniej powinnaś - wywrócił oczami.
  Dotarliśmy do mojego mieszkania. Przytuliłam Hazzę najmocniej jak umiałam, prawie doprowadzając go do zmiany koloru skóry, pod wpływem braku powietrza, i jeszcze raz podziękowałam mu za wszystko, co dla mnie robi. Pomachał mi na pożegnanie i zniknął w ciemnościach.
  Weszłam do środka. Po zdjęciu obuwia oraz kurtki i torebki, podążyłam do kuchni. Wyciągnęłam z lodówki jogurt owocowy i zaczęłam go pochłaniać, zajmując miejsce na kanapie, w salonie. Postawiłam na coś lekkiego, ponieważ nie byłam zbytnio głodna.
  Po schodach zszedł Liam. Zapewne usłyszał dźwięk telewizora. Ruszył w moją stronę, usadawiając się tuż obok mnie.
- Możesz się na mnie nie gniewać?
  Nie odpowiedziałam, wciąż przyglądając się wydarzeniom, rozgrywającym się na ekranie, a dokładniej rozmowie dwóch czarnych facetów.
- Przepraszam, okej? Po prostu każdy z nas może mieć odmienne zdanie. Ale to nie oznacza, że nie będę cię wspierał, bo postąpiłbym inaczej. Chciałbym żebyś wiedziała, że niezależnie jaką decyzję podejmiesz, będę z tobą.
  Chciałam się na niego gniewać, bo naprawdę mnie wtedy zdenerwował, ale jego przeprosiny były naprawdę miłe i szczere.
- W porządku. Nie gniewam się.
- Naprawdę? Sądziłem, że będę musiał się silić na coś więcej.
- Jeśli chcesz, mogę cofnąć moje wybaczenie. Chętnie popatrzę jak klękasz przede mną i paplasz jak wariat.
- Wciąż skłonna do żartów - zachichotał. - Nie zjesz naleśników, które zrobiliśmy na drugie śniadanie?
- Nie jestem głodna - pokręciłam głową.
  Zapanowała cisza, którą przerwał trzask, wydobywający się z telewizora. Okazało się, że kanał był ustawiony na film o wyścigach samochodowych i jedno z aut wybuchnęło pod wpływem uderzenia w ciężarówkę z gazem.
- Od kiedy kręcą cię samochody? - spytał, uśmiechając się pod nosem.
  Spoglądając w jego stronę, również uniosłam kąciki ust do góry.
- Załatwiłem nam wolne na jeden dzień.
- Rozumiem dlaczego ja mam nie pójść jutro do pracy, ale dlaczego ty wziąłeś sobie wolne od szkoły? - zmarszczyłam czoło.
- Myślałaś, że zostawię cię tu kompletnie samą? - przewrócił oczami. - Zaplanowałem nam już cały dzień.
- Poważnie? Więc zamieniam się w słuch.
- Po śniadaniu pójdziemy na zakupy. Przyda ci się nowa sukienka na piątkową imprezę u Andy'ego - poruszył zabawnie brwiami. - Następnie pójdziemy na lody, ponieważ mam na nie nieziemsko wielką ochotę, a zjadłaś nam cały zapas z zamrażarki - spojrzał na mnie z udawanym wyrzutem. - Po lodach czeka nas kino, dalej lunch i wieczorny spacer po parku.
- Więc nie będziemy się jutro nudzić. - Ucieszyłam się na myśl, że spędzę kilka godzin na dobrej zabawie z Liamem, zamiast na płakaniu w poduszkę i obżeraniu się słodyczami.
- Z pewnością.
  Po krótkiej wymianie zdań poszłam wziąć odprężający prysznic. Zaraz po nim udałam się do łóżka, zasypiając prawie natychmiast. Wydarzenia dzisiejszego dnia nieźle mnie wykończyły, odbierając całą moją energię.
  Zbudziłam się w ramionach śpiącego Payne'a. Nie chcąc go budzić, wygrzebałam się powoli, starając się nie zachowywać zbyt głośno. Będąc na korytarzu, odetchnęłam z ulgą i ze spokojem zeszłam po schodach do kuchni. Gdy się w niej znalazłam, spojrzałam na stół i dosłownie zaniemówiłam.

_____________________________________
Od autorki: Cześć misiaczki! Dopiero dziękowałam za 11 tysięcy, a już mamy 12! Jestem z was bardzo dumna! Dziękuję, że jesteście tutaj i czytacie mojego bloga ♥.
 Jak podoba wam się dziewiętnastka? Spodziewaliście się mamy Kath? Dużo osób było za Taylor i Zaynem. Czy ktoś odgadł, że to rodzicielka Tomlinsonów? Co myślicie o reakcji Katherine? Popieracie bardziej jej zdanie na ten temat, czy jednak bardziej zdanie Tommo? Uważacie, że podczas wspólnego dnia Kath i Liama coś wreszcie między nimi zajdzie? Co lub kogo Katherine znalazła w kuchni? Czekam na wasze propozycje! CZYTASZ=KOMENTUJESZ!
 Życzę wam kochani naprawdę miłego weekendu. x

wtorek, 4 marca 2014

Rozdział osiemnasty

  Kiedy stanęłam na środku biblioteki, wszyscy spojrzeli na mnie. Czułam na sobie ich palący wzrok, a do uszu wciąż dochodził ten poniżający śmiech. Teraz miałam już pewność, że to ja byłam obiektem ich drwin. Tylko co ja takiego zrobiłam?
- Czy ktoś może mi wyjaśnić, o co chodzi? - spytałam ponownie, nie uzyskując odpowiedzi.
- Kath! - Usłyszałam głos Horana, który właśnie wbiegł, trzymając coś w dłoniach.
- Nialler, czy znasz powód, dla którego wszyscy wytykają mnie palcami?
- Właśnie trzymam go w dłoniach - odrzekł, podając mi jakieś zdjęcie.
  Spojrzałam na nie i dosłownie zaniemówiłam. Widniała na nim naga dziewczyna, o całkiem ponętnych kształtach. Najgorsze jest jednak to, że miała moją twarz i całość wyglądała naprawdę realistycznie.
- O nie - jęknęłam - nie, nie, nie.
- Spokojnie, zgłosiłem to już dyrektorowi. Obiecał się tym zająć i odkryć, kto wywinął ci taki numer. - Blondas podszedł bliżej mnie i przygarnął do siebie.
- Jak mogła mi to zrobić? - szepnęłam, czując gromadzące się łzy.
- Mówisz o Taylor?
- A kto inny byłby do tego zdolny? Blondie odgrywa się na mnie, bo Liam nie chce do niej wrócić.
- Nie powinniśmy puszczać w niepamięć jej gróźb.
  Nie mogłam dłużej znieść ani swojej złości, ani swoich łez. Odsunęłam się od przyjaciela i wyszłam na szkolny korytarz. Przechadzając się po nim, zauważyłam, że ludzie bez skrupułów dalej wytykają mnie palcami i śmieją się głośno, rzucając jakieś obraźliwe oszczerstwa w moją stronę. Nie zwracałam jednak na nich większej uwagi. Po prostu szukałam Swift. Jeszcze mi za to wszystko zapłaci.
- Katherine! - zawołał Payne z oddali.
  Nie obejrzałam się w jego stronę, tylko dalej przeczesywałam korytarz. W końcu ujrzałam tą fałszywą sukę i podeszłam do niej, wymierzając moją ręką w jej policzek.
- Nienawidzę cię! Jak mogłaś mi to zrobić?! - krzyknęłam, przygważdżając ją do szafek.
- Woah, puszczaj mnie wariatko. Nie rozumiem twojej złości. Rozwiesiłaś wszędzie swoje nagie zdjęcia dla uzyskania popularności, a teraz zarzucasz mi, że to moja sprawka - pokręciła głową. - Przykro mi kochanie, ale w taki sposób nie uzyskuje się sławy.
- Och, daj spokój! Przestań udawać niewinną i słodką dziewczynkę, bo każdy wie, że jesteś przesiąknięta złością i manipulatyzmem.
- Kath puść ją i chodź ze mną. - Obok nas pojawił się mój obrońca, odciągając mnie od Taylor.
- Jeszcze tego pożałujesz! - powiedziałam, spluwając na jej twarz.
- Fuj! Weźcie to ze mnie! - Usłyszałam jej piskliwy głos, za nim odeszliśmy gdzieś na bok.
- Dlaczego tak postąpiłaś? Skąd masz pewność, że to właśnie ona? - dopytywał, kładąc swoje dłonie na moich ramionach.
- Ty o niczym nie wiesz! Nie masz pojęcia o jej groźbach! Ona chce mnie zniszczyć, bo ja odebrałam jej ciebie! - mówiłam ostrym tonem, czując spływające po moim policzku łzy.
- Więc czemu mnie o tym nie powiadomiłaś?
- Bo nie chciałam cię martwić. Wreszcie się od niej uwolniłeś i nie chcę, byś znów musiał rezygnować z swojego szczęścia ze względu na mnie - westchnęłam.
  Szatyn przygarnął mnie do siebie, pocierając ręką moje plecy. Będąc w jego w uścisku, zaczęłam płakać jeszcze bardziej. To wszystko tak cholernie bolało.
- Załatwię zastępstwo. Weź swoje rzeczy i wróć do domu. Postaram się urwać wcześniej, żebyś nie przebywała tyle sama - odrzekł, odsuwając się ode mnie.
- Poradzę sobie.
- Nie byłbym tego taki pewien.
  Wróciłam do biblioteki po swoją torebkę. W środku wciąż było mnóstwo studentów, którzy nadal niedostatecznie naśmiali się z mojej osoby.
- Tak bardzo bawi was widok mojego cierpienia? Zgnijcie w piekle!
  Wybiegłam z budynku, trzymając kurczowo swoją torebkę. Pogoda stawała się coraz brzydsza; słońce schowało się za ciemnymi chmurami, a wiatr przybierał na sile. Nie zatrzymywałam się, po prostu biegłam. Uważałam to za sposób rozładowania kumulujących się we mnie emocji.
  Z powodu biegu, szybko znalazłam się przed drzwiami swojego mieszkania. Po wejściu do środka, rozebrałam buty i ruszyłam do kuchni. Zajrzałam do zamrażarki, w której, jak zwykle, znalazłam swoje ulubione pudełko lodów truskawkowych na złe dni. Dziś właśnie był jeden z nich, więc wyciągnęłam pudełko, zabrałam po drodze łyżeczkę i wyszłam na taras. Usiadłam na ławce, okrywając się leżącym na niej niebieskim kocem, pod którym siedziałam z Liamem, podczas jego złej nocy.
  Pochłaniałam swoje lody, czując zupełną pustkę. Nie płakałam już, bo wykorzystałam cały zapas łez, które doszczętnie rozmazały mój makijaż. Jednak mało mnie to interesowało. Ja po prostu jadłam, by zapomnieć.
- Tutaj jesteś. - Ujrzałam wchodzącego na taras chłopaka z burzą loków na głowie.
- Co ty tu robisz? - zdziwiłam się.
- Payne miał do zaliczenia projekt, który wspólnie zrobiliście, więc poprosił bym do ciebie przyszedł. Wiem, że wolałabyś, żeby to właśnie on tutaj był, ale muszę ci wystarczyć jedynie ja - odparł, siadając obok mnie.
- Nie mów tak, Harry. Bardzo się cieszę, że przyszedłeś. To znaczy, że naprawdę jesteś moim przyjacielem.
- A pomyślałaś kiedyś inaczej? Oczywiście, że jestem. I nie pozwolę, byś była smutna - pokręcił głową, obejmując mnie swoim ramieniem.
- A jak mam nie być? Taylor zrobi dosłownie wszystko, by moje życie stało się pasmem nieszczęść. A wszystko dlatego, że nie może mieć już Liama, jako swoją własność. Zupełnie jej nie rozumiem. Gdyby go kochała, nie posunęłaby się do takich rzeczy, tylko postarała się zmienić na lepsze. - Oparłam głowę o jego klatkę piersiową.
- Wiesz.. Nie wydaje mi się, żeby Swift miała jakiekolwiek uczucia. Ona po prostu lubi posiadać różne rzeczy i różnych ludzi.
- Masz rację - westchnęłam.
- Kupiłem ciasteczka. Pomyślałem, że zjadłaś już swoją porcję lodów i kolejna nie byłaby najlepszym pomysłem - zachichotał, wyciągając z reklamówki dwa opakowania ciastek.
- Co ja bym bez ciebie zrobiła? - musnęłam jego policzek, zabierając się za otwieranie przekąsek.
- Uważam, że nie powinniśmy rozmawiać o tym co wydarzyło się w szkole. Może zajmiemy się innym tematem? - zaproponował.
- Zgadzam się. I nawet wiem o czym chciałabym z tobą pogadać - mruknęłam, biorąc do rąk czekoladowe ciastko.
- O nie - jęknął. - Martina zdążyła ci powiedzieć, że mieliśmy randkę?
- Dzwoniła do mnie wczoraj w południe. Nie wiem jednak, jak było, więc czekam na relację. I życzę sobie, żeby była szczegółowa.
- W porządku. Jeśli to ma poprawić ci humor to opowiem ci o naszej randce - przewrócił oczami, nabierając powietrza w płuca. - Przyjechałem po nią swoim samochodem. Otworzyłem drzwi od strony pasażera i pomogłem jej wejść. Wszystko to oglądał jej ojciec, stojący w drzwiach. Cholernie się przez niego spiąłem, bojąc się, że popełnię jakiś błąd, przez który wiele stracę w jego oczach. Na szczęście dla rozluźnienia atmosfery, Martina opowiedziała świetny żart. Potem zaczęliśmy rozmawiać. Mówiła, że strasznie się denerwuje, więc robiłem wszystko, by dobrze się bawiła. W restauracji spotkaliśmy Marcela i Rose. Dasz wiarę, że się umawiają? - Zrobił przerwę na przegryzienie przekąski. - Jedzenie było bardzo dobre, a obsługa niezwykle miła. Poza posiłkiem, cały czas rozmawialiśmy. Chyba naprawdę mamy ze sobą wiele wspólnego. Po kolacji odwiozłem ją do domu i podarowałem buziaka w policzek. Była zachwycona naszą randką.
- Styles, to świetnie! Bardzo się cieszę, że się dogadujecie! - zawołałam z entuzjazmem. - Mówiłam ci, że umówienie się z nią będzie dobrym pomysłem.
- Yeah, jak dobrze, że cię posłuchałem - uśmiechnął się, ukazując moje dwa, ulubione dołeczki w policzkach.
- Mam nadzieję, że dojdzie pomiędzy wami do poważnego związku. Naprawdę chciałabym, żebyś był szczęśliwy.
- Jestem szczęśliwy, panno Tomlinson.
- Hej, nie mów tak na mnie! - szturchnęłam go, przez co z jego dłoni wypadło ciastko.
- Zobacz co narobiłaś! - oburzył się.
- Nie panikuj, Hazz. - wywróciłam oczami.
- W porządku. Teraz opowiedz mi jak z Liamem? Nie ukrywaj przede mną, że jesteś w nim zakochana.
- Okej, przyznaję, od początku miałeś racje. To śmieszne, że znasz mnie bardziej, niż ja samą siebie. Wiedziałeś, że na niego lecę znacznie prędzej ode mnie - zaśmiałam się. Och, cholernie byłam mu wdzięczna, że tu jest i sprawia, że się śmieję. - Tak, jestem w nim zakochana. On jest.. jest niesamowity. Troszczy się o mnie, stara się, bym zawsze była radosna, gotuje dla mnie, śpi ze mną, żebym nie miała żadnych koszmarów.. Jest idealny, Harry.
- Więc dlaczego wciąż jesteście jedynie przyjaciółmi? - uniósł brwi do góry.
- Bo nie wiem czy on czuje to samo, co ja. Jeśli nie, to przyjaźń między nami skończyłaby się na dobre. A ja nie chcę go stracić, więc tak po prostu chowam się ze swoimi uczuciami - westchnęłam.
- Hmm, czy sytuacja pomiędzy nami nie służy ci jako przykład?
- Owszem. Tylko nie mam pojęcia jak zachowałby się Li.
- Wydaje mi się, że jeśliby nic do ciebie nie czuł, i tak by został. Obiecał, że będzie się tobą opiekować, więc to nie byłoby w jego stylu.
- Uważasz, że powinnam zaryzykować?
- Sądzę, że tak.
- Muszę to naprawdę przemyśleć.
  W kilka minut później do mieszkania wrócił Payne. Hazza ucałował mnie w czoło na pożegnanie i wyszedł, zostawiając nas samych. Mój opiekun zajął miejsce przyjaciela, również obejmując mnie ramieniem.
  Zadzwonił mój telefon.
- Cześć, Kath. Nie było mnie w szkole, ale Niall zdążył mnie o wszystkim zawiadomić. Zabiję blondie, słowo. Jednak powiedz mi jak się czujesz? Wszystko w porządku? - Usłyszałam zmartwiony głos Emily.
- Chłopaki mają przy mnie rozdzielone warty, więc jakoś sobie radzę. Dzięki za troskę.
- Może wpadnę do ciebie i zrobimy sobie babski wieczorek? - zaoferowała.
- A dlaczego nie przyszłaś dziś na uniwerek?
- Ponieważ jestem chora? - odparła zaskoczona moim pytaniem.
- Wiesz, że cię mocno kocham i jestem ci wdzięczna, że próbujesz pomóc, ale nie chcę dostać w pakiecie choroby.
- No tak, jeszcze tego by brakowało - zaśmiała się. - Okej, więc trzymaj się jakoś. Pa!
  Nacisnęłam czerwoną słuchawkę i spojrzałam w stronę Liama. Jego twarz wyglądała dokładnie tak samo, jak wczoraj, kiedy szliśmy na lunch do mojego brata. Cierpiał. I to z mojego powodu.
- Opowiedz mi o wszystkim. Chcę wiedzieć o rzeczach, do których dopuściła się Tay.
  Spojrzałam w rozpogadzające się niebo. Chmury przybierały barwę czystej bieli. Pogoda była dziś zupełnie jak mój humor; zmienna.
- Katherine? - upomniał mnie.
  Nabrałam powietrza w płuca i opowiedziałam mu o rozmowach z Swift oraz jej uczynkach. Wspomniałam przede wszystkim o ,,napadzie'' na bibliotekę, nasłaniu na mnie dyrektora oraz o jej groźbach dotyczących mnie i moich bliskich. Widziałam jego złość w oczach, po tym, co mu wyznałam. Był aż tak wkurzony, że zacisnął swoje dłonie w pięść.
- Powinienem być na ciebie okropnie zły, za to, że zataiłaś to wszystko przede mną. Miałem wyrzuty sumienia, że postąpiłem źle, zrywając z nią, bo myślałem, że ona naprawdę sobie nie radzi z naszym rozstaniem, a w rzeczywistości było zupełnie inaczej! Proszę, od dziś mów mi wszystko, dobrze?
- W porządku. Ja po prostu nie chciałam cię martwić.
- Rozumiem, ale źle postąpiłaś - pokręcił głową. - Są dwa wyjścia.
- Jakie?
- Albo opowiem wszystko panu Wright, albo do niej wrócę.
- Co? Nie możesz do niej wrócić, Liam!
- Te wszystkie krzywdy jakie ci zrobiła, są między innymi z mojego powodu. Jeśli znów będę się z nią spotykał, przestanie się na tobie mścić.
- Nie pozwolę na to, rozumiesz? - spojrzałam prosto w jego czekoladowe oczy. - Nie chcę, żebyś znów siedział w tym gównie. Nie mam ochoty oglądać, jak każdego dnia chodzisz przygnębiony i masz ochotę wysadzić w powietrze cały ten zasrany świat. Nie dopuszczę do tego!
- Uwierz mi, ja też nie mam na to ochoty. Ale jednocześnie nie mogę tak po prostu nie robić nic i zezwalać, żeby niszczyła twoje życie.
- Więc wymyślmy coś, co w jakiś sposób ją zrani i zirytuje. Sądzę, że dzięki temu dotrze do niej wreszcie, że mszczenie się na innych jest bardzo, bardzo złe.
- Niezła myśl, choć nie jestem pewny, czy cokolwiek dotrze do jej małego móżdżka.
- On nie jest wcale taki mały, skoro sprawiła mi już tyle przykrości i wciąż żadne oskarżenia nie spadają na nią - westchnęłam.
- Masz rację - skinął głową.
- Znasz ją dobrze, Liam. Musisz wpaść na coś, czym się jej odpłacimy.
- Jasne, pomyślę nad tym.
  Przez chwilę między nami zapanowała cisza. Siedziałam obok swojego obrońcy, który zrobiłby wszystko, żebym była szczęśliwa. Mój dług wdzięczności z chwili na chwilę stawał się coraz większy i większy.
  Moje myśli przerwał dźwięk burczącego brzucha. Spojrzałam na Payne'a, śmiejąc się pod nosem.
- Jesteś głodny?
- To pora na moje drugie śniadanie, więc nie ma w tym nic śmiesznego - dźgnął mnie w biodro, powoli wstając.
- Co chciałbyś zjeść? - zapytałam, również podnosząc się z ławki.
- Kath, nie mam pięciu lat i naprawdę umiem zrobić sobie coś do jedzenia - przewrócił oczami, kierując się w stronę kuchni.
- Pozwól mi chociaż na chwilę oderwać się do tego całego bagna. Chcę się skupić na czymś, co nie jest związane z smutkiem, złością, płaczem, zemstą i Taylor.
- Zgoda. Ale pod warunkiem, że ci pomogę - rzucił, nie oczekując na moje potwierdzenie.
  Znaleźliśmy się w kuchni.
- Więc? - odezwałam się, przyglądając się jak szatyn zagłębia się w swoich przemyśleniach.
- Więc stawiam na naleśniki. Proste i szybkie. Dodatkowo, zostanie na lunch - uśmiechnął się do mnie, zaczynając wyciągać potrzebne rzeczy.
- Ja przygotuję ciasto, ty zajmij się przygotowaniem bitej śmietany i pokrojeniem owoców - odparłam.
- Rządzisz się - spojrzał na mnie, poważniejąc. - Lubię to - dodał, unosząc kąciki ust do góry.
  Zachichotałam. Mój Boże, czy ja się właśnie śmiałam? Śmiałam się w momencie, kiedy moje życie powoli staje się pasmem nieszczęść? Och, jak dobrze jest mieć przy sobie kogoś takiego jak Liam.
  Przygotowanie naleśników nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Gdy były gotowe, usiedliśmy przy stole, nakładając na ciasto bitą śmietanę z owocami.
- Pyszne - skomentowałam, biorąc kęsa.
- Cześć bałwanku - powiedział.
- Znów się ubrudziłam, prawda? - Starłam z swojego nosa białą plamkę. - Czy ty nigdy się nie brudzisz do cholery? Zawsze jesteś taki czysty?
- Owszem - odpowiedział dumnie.
  Nabrałam na swój palec odrobinę bitej śmietany i podeszłam do niego, chcąc zostawić ślad na jego ślicznej twarzy. Niestety, zaczął się ze mną szarpać, próbując popsuć cały mój genialny plan.
- Daj spokój. Nie dasz mi rady - zakpił.
  Nagle zorientowałam się, że patrzymy sobie prosto w oczy, a nasze twarze dzieli zaledwie kilka centymetrów. Przez głowę znów przemknęła mi myśl pocałowania znajdującego się przede mną chłopaka. Moje pragnienie rosło z każdą sekundą, mimo wmawiania sobie, że nie mogę na to pozwolić.
  Dzwonek do drzwi! Allelujah!
- Pójdę sprawdzić, kto przyszedł - odrzekłam, kierując się w stronę korytarza.
  Podeszłam do drzwi i otwarłam je szeroko, czując jak rytm mojego serca zaczyna przyspieszać.

___________________________________
Od autorki: Cześć, misiaczki! Jak tam? Ja strasznie chciałabym wam podziękować za 45 obserwatorów, ponad 11 tysięcy wejść oraz powitać wszystkie nowe osoby! Bardzo się cieszę, że podobają wam się moje wypociny!
 Co myślicie o osiemnastce? Kath dobrze zareagowała rzucając się na Taylor? Jak Katherine sobie ze wszystkim poradzi? I czy w końcu dojdzie do pocałunku Lath/Kiam? A wreszcie, kto stoi za drzwiami? Czekam na wasze propozycje!
CZYTASZ=KOMENTUJESZ!
 Nie zanudzam dłużej. Miłego dnia. x

piątek, 28 lutego 2014

Rodział siedemnasty

- Kath? - usłyszałam zaspany głos swojego anioła. - Dlaczego całujesz moją szyję?
  Otworzyłam oczy i natychmiast odsunęłam się od ciała szatyna. Moje policzki zrobiły się tak gorące, jak łazienka, zaraz po gorącej kąpieli. Brawo, Katherine!
- Prze.. Przepraszam, Liam. Nie kontrolowałam tego. Po prostu coś musiało mi się przyśnić - wydukałam, zasłaniając się dłońmi.
- Co takiego ci się śniło? - spytał, uśmiechając się szeroko.
- Wiesz.. nie pamiętam. - Skłamałam.
- Przyznaj się! Śniło ci się, że całowałaś się z Taylorem Lautnerem!
- Yeah, masz mnie. - Moje zażenowanie mijało. Wolałam po prostu przyznać mu rację i zmagać się z docinkami z jego strony, niż powiedzieć prawdę.
- Wiedziałem! - zaśmiał się, niczym zły pirat.
- Skąd?
- Zauważyłem, że czytasz Zmierzch i powiązałem to z twoim snem - przyznał.
- Hmm, dlaczego nie pomyślałeś o Robercie, tylko Taylorze? - zainteresowałam się, opierając głowę na otwartej dłoni.
- Czytasz teraz Księżyc w nowiu, gdzie Edward zostawia Bellę, a Jacob jest na każde jej skinienie. Z pewnością zaczynasz lubić go coraz bardziej - odpowiedział.
- Czytałeś te książki?
- Oczywiście, inaczej nie znałbym treści. To aż takie zaskakujące? - zachichotał.
- Przy naszym pierwszym spotkaniu, wspomniałeś, że nie obchodzą cię żadne wampiry - wytłumaczyłam swoje zdziwienie.
- Pamiętasz przecież, że byłem wtedy na maksa wkurzony.
- Ach tak - skinęłam głową. - Przeczytałeś jeszcze jakieś książki z treścią o wampirach?
- Wszystkie części kroniki wampirów. Polecam, strasznie wciągające.
- Na pewno przeczytam - uśmiechnęłam się. - Wracamy do spania?
- Jasne - przysunął się do mnie, obejmując ramieniem. - Tylko może przed zaśnięciem pomyśl o mnie, zamiast o Lautnerze - wystawił w moją stronę język.
- Bardzo zabawne, Payne.
  Przysunęłam się do jego klatki piersiowej, zamykając oczy. Próbowałam sobie przypomnieć jak wyglądał nasz pocałunek we śnie. Z tego, co udało mi się zapamiętać, Li świetnie całuje, a smak jego warg jest naprawdę słodki. Nie będę jednak w stanie sprawdzić, czy również w prawdziwym świecie tak jest, ponieważ nie chcę niszczyć tego, co jest pomiędzy nami. Nie chcę niszczyć tej niesamowitej przyjaźni, jaka się pomiędzy nami zrodziła. Zresztą.. Chyba nie podobało mu się to, co robiłam z jego szyją, a to raczej zły znak.
  Zbudziłam się, gdy w pokoju było jasno, dzięki wpadającym przez okno promieniom słońca, a mojego opiekuna nie było obok. Przetarłam ręką oczy i zaczęłam wstawać z łóżka. Kiedy podchodziłam do drzwi, te nagle się otwarły, o mało nie uderzając mnie w twarz.
- Wracaj do łóżka - odparł ostro szatyn. - Przyniosłem ci śniadanie.
  Chichocząc, wróciłam na swoje poprzednie miejsce. Chłopak zamknął drzwi nogą i podszedł do mnie, siadając na skraju łóżka. Położył tacę z ciepłymi tostami, sokiem i kwiatem róży na moich nogach.
- Nie musiałeś - pokręciłam głową, zabierając się za jedzenie.
- To będzie moja mała tradycja, na cześć podziękowania za twoje dobre serce - uśmiechnął się tak, jak najbardziej lubiłam.
- Jesteś niesamowity. Mówiłam ci to już kiedyś?
- Jeśli odpowiem, że nie, będziesz mi tak mówić częściej? - uniósł jedną brew do góry.
- Chciałbyś - przewróciłam oczami, biorąc łyk soku.
  Wtem usłyszałam swój dzwoniący telefon. Leżał na stoliku nocnym, więc sięgnęłam po niego i nacisnęłam zieloną słuchawkę, uprzednio orientując się, kto próbuje się ze mną skontaktować.
- Hej, Lou.
- Cześć, Kath. Chyba cię nie obudziłem?
- Skąd. Jem właśnie przepyszne śniadanie w swoim własnym łóżku.
- Jak zgaduję, przyrządził je Liam? - Znając mojego ukochanego braciszka, właśnie uniósł kąciki ust do góry w geście uciechy.
- Yeah, pan niesamowity - przeniosłam wzrok na chłopaka, który z swoich palców ułożył kształt serca. - Więc po co dzwonisz?
- By zaprosić was, gołąbeczki, na lunch. - Usłyszałam cichy chichot Alice.
- Dzisiaj?
- Nie, wczoraj.
- Bądź poważny, Bo Bear.
- A ty nie zadawaj głupich pytań. - Niemal widziałam go przed swoimi oczami, pokazującego mi właśnie swój czerwoniasty język.
- O której mamy wpaść?
- W okolicach piętnastej lub szesnastej. Daj mi jednak znać, o której raczycie się zjawić.
- W porządku. Do zobaczenia - powiedziałam, naciskając czerwoną słuchawkę.
- Bo Bear? Co to właściwie znaczy? - odezwał się Li.
- Mama mówiła tak na niego, kiedy był mały. Nienawidził tego. Stare dobre czasy - westchnęłam, spuszczając wzrok.
- Dość rozpamiętywania - dźgnął mnie w brzuch. - Lepiej powiedz o czym gadaliście?
- Mój brat i jego dziewczyna zapraszają nas na lunch. Skusisz się?
- Jasne! - odrzekł z entuzjazmem. - Louis umie gotować?
- Skąd - zaśmiałam się, kręcąc głową.
- Proszę, powiedz, że Alice umie. Nie zniosę kolejnego dnia na jedzeniu pizzy.
- Masz szczęście. Jego partnerka jest świetną kucharką.
- Dzięki Bogu.
  Po śniadaniu wyjęłam z szafy czyste ubrania i ruszyłam do łazienki. Umalowałam się oraz ubrałam i zeszłam na dół, zastając mojego obrońcę przed telewizorem.
- Może zagramy na xboxie? - zaoferował, kiedy zajęłam miejsce obok niego.
- Okej, ale jeśli przegrasz, jutro również robisz mi śniadanie do łóżka.
- Zgadzam się, ale to działa w dwie strony.
- Nie sądzę, żebyś miał mnie pokonać - wzruszyłam ramionami.
  Walka na taniec była dość wyrównana. Bardzo chciałam wygrać, doskonale wiedząc jaki ból sprawia mi wczesne wstawanie. Niestety, moje modlitwy nie zostały wysłuchane. Payne został zwycięzcą, ciesząc się z takiego wyniku jak dwuletnie dziecko.
- Na jutro poproszę kanapki z serem, szynką, pomidorem i ogórkiem - uśmiechnął się dumnie.
- Księżniczki lubią róże. A co lubią książęta? - zapytałam, opadając na kanapę.
- Zgrabne tyłki, piersi..
- Mam ci przynieś siebie na tacy? - przerwałam mu, nie mogąc powstrzymać się od chichotu.
- Całkiem kusząca propozycja - poruszył zabawnie brwiami, odłączając sprzęt.
- Której realizacji nie przewidujemy, przykro mi. Jesteś głodny?
- Właściwie to zaczyna mi burczeć w brzuchu.
- Więc mam dać znać Lou i Alice, że niedługo będziemy?
- Jasne.
  Udałam się na górę i usiadłam na łóżku. Sięgnęłam po telefon, leżący na stoliczku nocnym, i naskrobałam wiadomość. Następnie zeszłam na dół, zastając buszującego w lodówce, Liama.
- Jesteś naprawdę aż tak głodny?
- Skąd. Szukam szczęścia.
- W lodówce?
- Gdzieś tutaj musi być.
- Świetny żart, Payne. Czas wychodzić. Jesteś gotowy?
  Skinął głową. Ubraliśmy swoje buty i po zamknięciu mieszkania na klucz, wyszliśmy na zewnątrz, kierując się do domu mojego brata. Między nami panowała dziwna i niezręczna cisza. Już miałam zapytać, czy wszystko jest w porządku, gdy mój telefon zaczął dzwonić. Wyjęłam go z kieszeni swoich spodni i przyłożyłam do ucha.
- Cześć, Martina - odezwałam się.
- Kath jesteś najlepszą osobą na świecie! Nie wiem jak mam ci dziękować za to co dla mnie robisz. Jesteś niesamowita! Ubóstwiam cię!
- Wow, stop. Czy mogę się dowiedzieć, co się właściwe wydarzyło? - zmarszczyłam czoło, wyczekując odpowiedzi.
- Harry zaprosił mnie na randkę! Wiem, że maczałaś w tym palce. Nie mam pojęcia jak go do mnie przekonałaś, ale jestem ci niezmiernie wdzięczna!
- Cholernie się cieszę! Kiedy będzie miała miejsce wasza randka?
- Wieczorem. Zaprosił mnie na kolację, dasz wiarę?
- Styles to typ romantyka. Można się po nim spodziewać takich posunięć - zachichotałam. - A co na to twój tata? Wiem, że jest bardzo przewrażliwiony na punkcie chłopaków.
- Yeah. Słowo ,,bardzo'' nie opisuje tego wszystkiego, co się tutaj rozegrało, przed zadzwonieniem do ciebie. Dobrze jest mieć Olgę, która zdołała go przekonać, że jestem już dorosła i umiem o siebie zadbać.
- Olga to kobieta ze służby, prawda?
- Tak. - Westchnęła nagle. - Co mam ubrać na taką randkę?
- Wydaje mi się, że sukienka i szpilki będą odpowiednią kreacją.
- A co z włosami? Związać je?
- Sądzę, że z rozpuszczonymi wyglądasz bardziej pociągająco.
- Masz rację - zawołała z entuzjazmem. - Jeszcze raz dziękuję, Kath!
- Nie ma za co! Miłego wieczoru!
- Wzajemnie! Pa!
  Nacisnęłam na czerwoną słuchawkę i na powrót umieściłam telefon w kieszeni. Szatyn szedł obok mnie z spuszczoną głową i rękoma włożonymi w spodnie. Coś się musiało wydarzyć, na pewno.
- Wszystko w porządku? Wydajesz się trochę podłamany.
- To nic ważnego. - Nawet nie podniósł na mnie oczu.
- Liam - zatrzymałam się przed nim i uniosłam jego brodę, zmuszając go do spojrzenia na mnie - Powiedz mi co się dzieje.
- Musisz być taka uparta, co?
- Muszę. Słucham.
- Kiedy poszłaś napisać esemesa do Lou, ja dostałem wiadomość od Taylor. Napisała w niej, że przeprasza mnie za zdradę, ale nie otrzymywała ode mnie ciepła, jakiego potrzebowała. Dodała, że bardzo jej mnie brakuje i nie może się pozbierać po naszym rozstaniu - jego oczy nagle się zaszkliły - Kath ja nie chcę wracać do tego gówna kolejny raz, ale świadomość, że nie dotrzymuję obietnicy przyjaciela i jego siostra przeze mnie cierpi, nie daje mi spokoju. Mam wyrzuty sumienia.
  Podeszłam bliżej niego i zarzuciłam ręce na jego szyję. Objął mnie w pasie, kładąc głowę na moim ramieniu.
- Tay jest na maksa zła. Robi to wszystko, byś czuł się podle. Ona po prostu lubi cię mieć przy sobie. Nie wydaje mi się, żeby darzyła cię jakimkolwiek głębszym uczuciem. Nie zachowywałaby się w ten sposób - wplotłam ręce w jego miękkie włosy. - Spróbuj to olać. Nie możesz być smutny przez jakąś cholerną blondie.
- Obawiam się, że Matt właśnie się na mnie zawiódł. Powierzył mi tylko jedną, jebaną prośbę, tuż przed swoją śmiercią, a ja nie mogę jej spełnić. Jestem do dupy.
- Hej, spójrz na mnie - odsunęłam się od niego, dotykając delikatnie jego policzka - Matt cały czas na ciebie patrzy. Wie, że się starałeś, że odsunąłeś na bok swoje szczęście, bo prośba przyjaciela była ważniejsza. Ale rozumie, że nie możesz tego ciągnąć przez całe życie. Więc daj spokój. Uśmiechnij się, proszę - przeciągnęłam ostatni wyraz, wpatrując się w jego idealne rysy twarzy.
- Dziękuję - uniósł kąciki ust do góry - Naprawdę nie wiem co bym bez ciebie zrobił. Jesteś najlepsza. - Ponownie mnie przytulił, tym razem podnosząc i okręcając wokół własnej osi.
- Kręci mi się w głowie - mruknęłam, kiedy mnie postawił, łapiąc się za głowę. - Chyba zaraz zemdleję.
- Przepraszam! Cholera, nie chciałem! - zawołał przestraszony, przytrzymując mnie.
- Żartowałam - zachichotałam.
- Kiepski ten żart - przewrócił oczami, ruszając.
- Przykro mi, ale to Tommo przejął całą cechę zabawności. Mam nadzieję, że chociaż on poprawi ci humor.
- On w ogóle kiedyś bywa smutny?
- Wygraj z nim w FIFĘ, to się przekonasz.
  Doszliśmy na miejsce. Jak zwykle weszłam przez drzwi, nawet nie używając dzwonka. Zdjęliśmy buty i udaliśmy się do kuchni, z której do naszych nozdrzy dochodziły słodkie zapachy jedzenia.
- Hej - przywitaliśmy się.
- Cześć, goł.. - odezwała się Alice, ale Lou zakrył jej buzię, mówiąc ,,cześć''.
- Co przygotowaliście? - spytałam, podchodząc bliżej stołu.
- Poszperałam trochę w internecie, w celu znalezienia czegoś nowego. Wpadłam na przepis przygotowania tak zwanych pierogów. Wyglądały całkiem apetycznie, więc postanowiłam je przyrządzić. Są trzy rodzaje; z jagodami, truskawkami oraz kapustą i grzybami - wyliczyła na palcach - My już je próbowaliśmy i są naprawdę smaczne. Jestem ciekawa waszego zdania.
  Usiadłam na krześle, wskazując szatynowi na miejsce obok mnie. Zajął je, chwytając w dłoń widelec. Oboje nałożyliśmy sobie kilka pierogów.
- Mmm, są świetne - skomentował, spoglądając w stronę Johnson.
- Racja. Koniecznie musisz nam dać przepis - odrzekłam.
  Jedliśmy, prowadząc przy tym luźną rozmowę. Zauważyłam, że Li się znacznie więcej uśmiecha, przez co zrobiło mi się ciepło na sercu. Lunch u mojego brata był genialnym pomysłem.
- Hey, Payne, wyzywam cię - rzucił Tomlinson.
- Czego dotyczy wyzwanie? - uniósł brew do góry.
- Zagramy mecz w FIFĘ. Jeśli przegrasz, stawiasz mi piwo.
- Twoja siostra już dziś ze mną przegrała, więc pozostaje mi, życzyć ci powodzenia - uśmiechnął się, odchodząc od stołu.
  Zostałam w kuchni z Alice. Zaczęłyśmy sprzątać po wspólnym posiłku, rozmawiając o Maliku. Opowiedziałam jej, że do niego zadzwoniłam. Wyznałam jej również, że każdego dnia coraz bardziej zakochuje się w Liamie, jednocześnie wciąż myśląc o Zaynie.
- Cóż, Malik był dla ciebie naprawdę ważny, no i to twoja pierwsza miłość. To całkiem normalne, że nie możesz o nim zapomnieć - wzruszyła ramionami. - Natomiast co do Liama.. Cholera, dlaczego nie powiedziałaś, że to on ci się śnił, a nie Taylor?
- Bo nie chcę, żeby dowiedział się, że mogę cokolwiek do niego czuć poza przyjaźnią. Nie chciałabym rozpadu tego, co jest pomiędzy nami.
- Kath zaryzykuj! Masz tylko jedno życie! - podeszła do mnie i potrząsnęła moim ciałem, by jej słowa jeszcze bardziej do mnie dotarły.
- Nie mogę, Alice.
- Odbierasz sobie całe szczęście, jak on, kiedy musiał udawać chłopaka tej całej Swift - wywróciła oczami, wracając do zmywania naczyń.
- Wystarczy mi jego obecność. Nieistotne są relacje pomiędzy nami. Liczy się dla mnie to, że jest obok - mruknęłam, ciągle wycierając ten sam talerz.
- WYGRAŁEM! - Usłyszałyśmy zadowolony głos Liego.
- Współczuję - szepnęłam do dziewczyny, doskonale wiedząc w jakim nastroju będzie Louis po przegranym meczu.
                                                         ***
  Wróciliśmy do domu około dziewiętnastej. Tommo przez pół godziny siedział obrażony, uważając, że to niemożliwe, że ktokolwiek mógł go ograć. Po prostu nie przyjmował do wiadomości tego, że ktoś może być lepszy od niego.
- Słodkich snów z Lautnerem w roli głównej - zachichotał mój obrońca, przygarniając mnie do swojej klatki piersiowej.
- Dałbyś już spokój.
- Kiedy to takie zabawne! Może mnie przyśni się Kristen? Chociaż nie, ona jest trochę upiorna.
- Dobranoc - powiedziałam, mając nadzieję, że wreszcie się uciszy.
- Daj mi chwilę. Muszę się zastanowić, kto ma mi się przyśnić.
- Niech to będzie Miley Cyrus - zaproponowałam.
- Hmm, to dobry pomysł. Skoro tak lubi nagość i wywijanie swoim językiem, niech zrobi mi striptiz - zaśmiał się.
  Zamknęłam oczy, nie odzywając się już więcej. Zasnęliśmy.
  Niestety, przez przegraną bitwę na taniec, musiałam wstać wcześniej i przygotować śniadanie do łóżka Payne'owi. Był naprawdę szczęśliwy, nie musząc ruszać się z łóżka po jedzenie. Jego uśmiech był wynagrodzeniem całego mojego trudu, jaki sobie zadałam.
  Kiedy byliśmy gotowi do wyjścia, udaliśmy się na uniwersytet. Jak zawsze, po przekroczeniu progu budynku, spotkałam się z Harry'm.
- Odprowadzę cię do biblioteki - powiedział, przytulając mnie do siebie.
- Styles? Wszystko w porządku?
- Jak najbardziej. Czy to dziwne, że chcę cię odprowadzić do twojego miejsca pracy? - Rozglądał się niepewnie na boki.
- Tak, to dziwne. Nigdy wcześniej tego nie robiłeś.
- Więc czas na zmiany.
  Jego zachowanie naprawdę wydało mi się dziwne. Dodatkowo, ciągle słyszałam jakieś chichoty na korytarzu, tak jakby ktoś naśmiewał się właśnie ze mnie!
  Po pożegnaniu z przyjacielem, który zaprowadził mnie aż do biurka, usiadłam na obrotowym krześle i powróciłam do swojej lektury.
  Na przerwie zrobiło się bardzo tłoczno w bibliotece. Przyszli studenci, którzy nie odwiedzili tego miejsca ani razu. Stali w kilku grupkach, trzymając coś w dłoniach. Zauważyłam, że pokazują na mnie palcami i tak po prostu się śmieją. Co się dzieje?
- Dosyć tego! Czy ktoś może mi wytłumaczyć, co to wszystko ma znaczyć? - wyszłam na środek pomieszczenia i rozejrzałam się dookoła siebie.

________________________________________________
Od autorki: Cześć wszystkim! Piątunio, co? ♥
 Jak tam siedemnastka? Zaskoczyłam was, co? Śmiać mi się chciało, kiedy zastanawialiście się, czy Liam odwzajemni pocałunek, czy się odsunie, podczas gdy wszystko to okazało się jedynie snem! A może ktoś wiedział? Co myślicie o randce Martiny i Hazzy? Będziecie ich lubić jako parę? Czy może ktoś jest za Karry/Hath? Czy Alice w końcu wywoła na Kath presje, przez co ta opowie o swoich uczuciach Payne'owi? Dlaczego Harry na końcu rozdziału jest taki dziwny, a studenciaki wytykają Katherine palcami? Macie pomysły? Czekam na wasze propozycje! CZYTASZ=KOMENTUJESZ!
 Chciałabym tylko powiedzieć, że ostatnio w notce od autora podałam kontakt do mnie. Jeśli potrzebowalibyście z kimś porozmawiać, wygadać się lub zaciągnąć rady to zapraszam :) Walcie śmiało!
 A teraz nie zanudzam więcej. Miłego weekendu, misiaczki. x

wtorek, 25 lutego 2014

Rozdział szesnasty

  Nie odpowiedział, ale wiedziałam, że jest po drugiej stronie. Słyszałam jak oddycha. Serce waliło mi jak oszalałe, a oczy zaszkliły się łzami.
- Zayn, proszę, odezwij się - szepnęłam.
- Kath.. - usłyszałam jego cudowny głos.
- Gdzie jesteś Zayn, powiedz mi, gdzie jesteś? - dopytywałam.
- Nie mogę ci powiedzieć, kochanie - westchnął. - Wszystko jest w porządku, nie martw się. Muszę już kończyć. Pamiętaj, że cię bardzo mocno kocham - dodał, nie czekając na odpowiedź.
  Spojrzałam na swój telefon, który wskazywał zakończenie połączenia i schowałam głowę między kolana, oplatając rękoma swoje nogi. Z moich oczu popłynęły łzy. Wróciły do mnie wszystkie uczucia, jakie starannie zdołał zakamuflować i odsunąć na bok, Liam. Pomimo krzywdy, jaką wyrządził mi Malik, pomimo naszego ostatniego starcia, wciąż go kochałam i bardzo za nim tęskniłam. Rozmowa z nim właściwie w niczym mi nie pomogła, a jedynie wszystko pogorszyła. Miałam teraz wielką ochotę się do niego przytulić i powiedzieć, że ma się uśmiechnąć, tak jak lubię najbardziej. Ale jego nie było obok. I nie mogłam dowiedzieć się gdzie jest, przez jego cholerną upartość! Czy będę kiedykolwiek miała jeszcze szansę go zobaczyć?
  Usłyszałam otwierające się drzwi. Podniosłam głowę i dostrzegłam siadającego obok mnie szatyna. Przytulił mnie do siebie tak mocno, jak tylko potrafił.
- Rozmawiałaś z nim, prawda? - odezwał się.
- Tak.
- I co ci powiedział?
- Że z nim wszystko w porządku i że mnie kocha - odpowiedziałam, zaczynając powoli się uspokajać.
- Rozumiem - przyłożył dłoń na moje plecy i zaczął je lekko pocierać. - Katherine, musisz przez to wszystko przejść. Wiem, że jesteś silna. Dasz radę.
- Myślę, że z tobą u boku mi się uda - odrzekłam, kładąc głowę na jego ramieniu.
  Może to wydawać się śmieszne, przecież dopiero co rozpaczałam po Maliku, a już czuję się niesamowicie dobrze i bezpiecznie w uścisku Payne'a, ale tak właśnie było. On jest takim moim aniołem stróżem, który nie pozwala być mi smutną, zawsze jest przy mnie i stara mi się pomóc, jak tylko umie. Czy czas w końcu zastanowić się nad tym, co rozgrywa się w mojej głowie? Czy powinnam wreszcie przyznać się przed samą sobą, że z każdym dniem, zakochuję się w nim coraz bardziej?
- Zjemy śniadanie? - spytał, odrywając mnie od siebie i spoglądając mi w oczy.
- Jasne, ale najpierw chciałabym pójść do łazienki. Pewnie wyglądam jak zombie. Wciąż ci się dziwie, że jesteś w stanie na mnie patrzeć - odparłam, podnosząc się z schodów.
  Chłopak jedynie przewrócił oczami i zszedł na dół, a ja udałam się do łazienki. Spojrzałam w lustro i zaraz pożałowałam, że się na to zdecydowałam. Wyglądałam okropnie. Włosy w kompletnym nie ładzie oraz czerwone oczy, pod którymi kryły się cienie. Pokręciłam głową i opłukałam twarz zimną wodą, a potem doprowadziłam się do porządku.
  Zeszłam po schodach i weszłam do kuchni. Mój obrońca siedział przy stole, zajadając się płatkami z mlekiem. Naprzeciw jego miski, stała druga, dla mnie. Usiadłam na krześle i zaczęłam jeść.
  Na stole leżał telefon Liego, który zaczął wibrować. Szatyn jednak po niego nie sięgnął, więc spojrzałam na niego, marszcząc czoło.
- To Taylor - wyjaśnił.
- Czego może chcieć tym razem?
- Obawiam się, że pójść ze mną do jej babci. W każdą sobotę ją wspólnie odwiedzaliśmy. Staruszka mnie bardzo lubiła.
- A ty ją lubiłeś?
- Owszem. Była bardzo pogodna, miła i zawsze biło od niej ciepło. Nauczyłem się od niej wielu rzeczy, a także przyswoiłem wiedzę o starych czasach, o których często mówiła.
- Hmm, więc była zupełnie odwrotną częścią Tay - stwierdziłam, kończąc zajadać się płatkami.
- Tak. Myślę, że dlatego ją właśnie lubiłem.
- Rozumiem - skinęłam głową. - Wracając do wiedzy, kiedy zamierzasz zrobić swój projekt?
- O cholera! Jest na poniedziałek! Zupełnie zapomniałem! - panikował, łapiąc się za głowę. - Nie wiem co bym bez ciebie zrobił, Kath. Wielkie dzięki! - uśmiechnął się szczerze.
- Nie ma za co - zachichotałam. - Więc? Kiedy się za niego zabierzesz?
- Może dziś. Pamiętasz, że masz robić go razem ze mną?
- Oczywiście. Tylko.. do tego jest potrzebny sprzęt i internet. Nie mam tutaj żadnego z nich. Jak sobie poradzimy?
- Wkradniemy się do mojego domu - wzruszył ramionami.
- Zwariowałeś? Nie możesz wejść do niego normalnie, jak człowiek?
- Moja mama twierdzi, że moja noga nie postanie w tym domu, dopóki nie pogodzę się z Taylor. Mówiłem ci, że bardzo ją lubi i uznaje, że to idealna partia dla jej syna - westchnął, wstając od stołu.
- Więc chcesz się zakraść? Jak to zrobisz, by nikt nas nie zobaczył?
- O równej piętnastej, moja mama otwiera okno w moim pokoju, by przewietrzyć. Wślizgniemy się do niego po rosnącym obok żywopłocie, a następnie gdzieś się schowamy - odwrócił się do mnie tyłem i zaczął myć naczynia.
- Obiecałeś mi kiedyś niezłe atrakcje, jeśli tylko będę się z tobą zadawać. Czy to właśnie jedna z nich?
- Jak najbardziej - zaśmiał się pod nosem.
  W chwile po naszej rozmowie, w mieszkaniu rozległ się dzwonek. Spojrzeliśmy zdziwieni po sobie. Żadne z nas nikogo się nie spodziewało. Przemknęło mi przez głowie, że może blondie postanowiła pofatygować się po swojego byłego chłopaka, który nie odbierał jej telefonów. Sekundę później, zorientowałam się, że ona przecież nie ma pojęcia, gdzie mieszkam.
- Otworzysz, czy będziesz się tak wpatrywać w to okno? - rzucił Li, z chytrym uśmieszkiem.
- Idę.
  Podeszłam do drzwi i nacisnęłam na klamkę. Naprzeciw mnie stał blondasek z spuszczoną głową w dół. Nie zadając pytań, wpuściłam go do środka.
- Payne, zrobisz nam kawę? - zawołałam, siadając obok przyjaciela na kanapie.
- Się robi szefowo!
- Nialler, teraz mów. Co się dzieje? Co tutaj robisz tak wcześnie? I czemu wyglądasz na przybitego? - dopytywałam.
- Pokłóciłem się z Emily. Pomóż mi - mruknął, bawiąc się swoimi kciukami.
- Och - wyrwało mi się. Rzadko dochodziło między nimi do sprzeczki. Zazwyczaj się dogadywali. - O co poszło tym razem?
- Uznała, że w ogóle nie jestem romantyczny, pojmujesz? Wydaje mi się, że ma teraz te dni, wiesz, w których lepiej być dla kobiety miłym i o nic nie pytać.
  Zaśmiałam się.
- Dwie kawy z mlekiem - odparł Li, wnosząc do salonu dwie szklanki z napojem.
- Chyba muszę cię zatrudnić jako osobistego kelnera - zachichotałam, po czym coś sobie uświadomiłam - Liam, może ty będziesz w stanie pomóc Horanowi - dodałam, poważniejąc.
- W czym konkretnie? - spytał, siadając w fotelu.
- Moja dziewczyna właśnie oskarżyła mnie o to, że nie mam w sobie za grosz romantyzmu. Dodała, że potrafię jedynie jeść, pić i dobrze się bawić, podczas gdy ona chciałaby..
- Potulnego chłopaka - dokończyłam jego wypowiedź.
- I mam ci doradzić, jak być tym, kim ona chce żebyś był?
- Tak, właśnie tak. Mógłbyś to zrobić dla mnie? - Niall podniósł swoje oczy na mojego opiekuna.
- Jasne, ale Kath musi sobie pójść, bo to raczej męskie sprawy - oznajmił, spoglądając na mnie przepraszająco.
- To nie fair! - oburzyłam się.
- Proszę, zrób to dla mnie - odparł blondasek.
- Okej, już dobrze. Zabiorę się za sprzątanie drugiego piętra. Powodzenia.
  Udałam się do swojego pokoju i ubrałam na siebie szare dresy oraz niebieską bokserkę. Zabrałam swój telefon i weszłam do łazienki. Włączyłam muzykę i zaczęłam sprzątać, podśpiewując pod nosem.
                                              ***
- Ostrzegam, Horan pożarł połowę twojej lodówki - zaśmiał się szatyn, opierając się o framugę drzwi.
- Nic nowego - wzruszyłam ramionami, po czym odwróciłam się w jego stronę. - Pomogłeś mu? Porozmawiałeś z nim?
- Tak, o nic się nie martw. Podpowiedziałem mu co powinien w takiej sytuacji zrobić i wyszedł stąd z uśmiechem na ustach.
- Jeśli naprawdę był radosny po spotkaniu z tobą, to musi cię lubić - oznajmiłam, ściągając z swoich dłoni rękawiczki.
- Tak sądzisz? - uniósł jedną brew do góry.
- Nialler jest bardzo nieufny. Długi czas zajęło mu otwarcie się przede mną, dlatego dziwię się, że cokolwiek ci powiedział.
- Wygląda na to, że poza swoją boskością, przyciągam ludzi również dobrocią - uśmiechnął się chytrze.
- Hej, panie boski, zabieraj swój tyłek do sprzątania - zmierzyłam go wzrokiem, wychodząc z łazienki.
  Wspólnie sprzątnęliśmy oba piętra. Mieszkanie lśniło czystością. Zmęczeni rzuciliśmy się na kanapy, rozkładając się na nich wygodnie.
- O której robimy napad na twój apartament? - spytałam, spoglądając na niego.
- Kiedy byłaś na tarasie, pozwoliłem sobie na zamówienie pizzy. Powinni ją zaraz przywieźć. Myślę, że możemy pójść po zjedzeniu jej.
  W kilka sekund po jego słowach, rozległ się dzwonek. Liam zeskoczył z kanapy i pobiegł do drzwi. Zapłacił dostawcy i wrócił z dużym kartonem na rękach. Otwarł go, każąc mi się częstować.
  Jedliśmy, śmiejąc się z włosów na głowie mojego opiekuna. Były w kompletnym nieładzie. Poważnie, sterczały w każdą stronę. Mimo jego nieułożonej fryzury, wciąż wyglądał dobrze. Cholera, jak on to robi?
- Idziemy? - zawołał, gdy schodziłam na dół.
  Wyszliśmy z mojego mieszkania. Droga do apartamentu Payne'a zajęła nam mniej więcej dwadzieścia minut. Po upływie tegoż czasu, moim oczom ukazał się wielki dom, z pięknym ogrodem wokół. Zdążyłam już zapomnieć, że rodzina Liego ma dużo pieniędzy i może sobie pozwolić na takie luksusy.
- Świetnie, mama właśnie otworzyła okno. Wskakuj na żywopłot, a potem do mojego pokoju. Będę tuż za tobą - oznajmił.
  Wspięłam się po zielonych zaroślach, a kiedy byłam już przy parapecie, położyłam na nim nogę i wślizgnęłam się do środka. Pomieszczenie było urządzone nowocześnie; czarne ściany, tego samego koloru kanapa, łóżko w drugim końcu, telewizor wiszący na ścianie oraz dwie komody. Gdzie on pomieścił wszystkie swoje ciuchy?
- Do garderoby - zakomunikował, pchając mnie w stronę drzwi.
  Weszłam do środka i zaniemówiłam. Jego garderoba była wielkości mojego pokoju. Było tutaj mnóstwo ubrań, butów oraz kartonów. Ledwo dało się dostrzec ściany, które miały również kolor czarny.
- Wow - jęknęłam.
- Uwierz mi, że posiadanie przejścia do garderoby w swoim pokoju to nie najlepszy pomysł - pokręcił głową, zerkając na zegarek.
  Podeszłam do półki, na której stało mnóstwo przeróżnych szpilek oraz balerinek. Wszystkie pary były niesamowicie piękne i miałam przerażająco wielką ochotę je wszystkie przymierzyć, orientując się, że są mniej więcej w moim rozmiarze.
- To Ruth. Ona je uwielbia - rzucił chłopak, znów spoglądając na zegarek.
- Zazdroszczę jej tej kolekcji.
- Kupię ci na święta.
- Zwariowałeś - pokręciłam głową, rozglądając się dalej.
- Minęło dokładnie pięć minut. Mama już pewnie wchodzi po schodach. - Zrobił przerwę w swojej wypowiedzi. - Właśnie weszła do pokoju. Słyszę zamykane okno. I.. o cholera, idzie tu! - zamknął sobie usta, po czym natychmiast chwycił mnie za dłoń. Jak zwykle przeszły mnie przyjemne prądy. - Stań obok mnie, za ubraniami. Staraj się cicho oddychać - zakomunikował, wciąż trzymając moją rękę.
  Do środka weszła Karen, podśpiewując pod nosem jakąś piosenkę. My staliśmy koło siebie, modląc się w duchu żeby nas nie dostrzegła. Minęła minuta. I kolejna. I kolejna.
- Poszła - odetchnął z ulgą Liam, gdy oboje usłyszeliśmy zamykane drzwi.
  Wyszliśmy zza ubrań i stanęliśmy na środku garderoby. Zaczęliśmy oddychać głębiej, powstrzymując się przy rodzicielce chłopaka od jakichkolwiek ruchów i dzięków.
  W końcu szatyn pociągnął mnie do swojego pokoju. Usiadłam na łóżku, a ten zabrał swojego laptopa, leżącego na kanapie. Następnie usiadł obok mnie.
- Ładnie tutaj - skomentowałam.
- Sam projektowałem - uśmiechnął się lekko. - Znajdę w necie kilka informacji do tematu na projekt, zabiorę ze sobą sprzęt i w twoim mieszkaniu zrobimy prezentację - odrzekł, gapiąc się w ekran. - Jeśli ci się nudzi, możesz się rozejrzeć. Nie mam nic do ukrycia.
- Czy w komodzie masz bieliznę? - zapytałam, wstając z łóżka.
- Tak? - spojrzał na mnie zaskoczony.
  Nie odpowiedziałam. Po prostu podeszłam do komody i pociągnęłam za pierwszą półkę. Skarpetki. Pociągnęłam za kolejną. Majteczki. Bingo! Zaczęłam trochę szperać, po czym odwróciłam się w jego stronę z obrażoną miną.
- Hej, dlaczego nie masz żadnych stringów? Chciałam się z ciebie trochę ponabijać - skrzyżowałam swoje ręce na klatce piersiowej.
- Wszystkie pary mam u ciebie, kochanie - poruszył zabawnie brwiami.
  Zaśmiałam się. Uwielbiałam jego głupkowaty wyraz twarzy oraz wypowiadane z jego ust słowo ,,kochanie''. Ugh. Dlaczego on tak cholernie musi mi się podobać? I dlaczego musi być tak cholernie idealny pod każdym względem?
- To trochę krępujące - odezwał się.
- Co takiego?
- Patrzysz tak na mnie od co najmniej minuty - uśmiechnął się łobuzersko.
- Po prostu się zamyśliłam - odwróciłam się do niego tyłem, doskonale wiedząc, że moje policzki stały się właśnie czerwone jak buraki.
  Pięć minut później schodziliśmy już z żywopłotu. Payne już się nie uśmiechał. Kąciki jego ust spuszczone były w dół, zupełnie jak jego piękne, czekoladowe oczy, które śledziły szary odcień chodnika. Bardzo dobrze wiedziałam o co chodzi. Było mu przykro, że musi zakradać się do własnego domu, bo nikt z rodziny, zajmującej się własnym tyłkiem, go nie rozumie.
  Nie wiedząc co robić, objęłam go w pasie, spoglądając na jego twarz.
- Dziękuję. Dziękuję, że przy mnie jesteś, Kath - oparł swoją głowę o moją.
  Teraz musiałam się skoncentrować tylko na tym, żeby dojść do mojego mieszkania, bez popełnienia jakieś głupoty. Musiałam trzymać swoje pragnienia na wodzy.
                                            ***
- Uważasz, że to dobrze wygląda? Otrzymam za swoją pracę piątkę? - dopytywał, puszczając swoją prezentację po raz trzeci.
- Piątkę? Będzie szóstka, jak nic - wywróciłam oczami.
- Jestem zmęczony - westchnął.
- Zmęczony? - zrobiłam minę zbitego psa. - Chciałam obejrzeć jakiś film.
- Dobrze, pod warunkiem, że będzie to horror.
- Mam wszystkie części klątwy na płycie. Obejrzałam pierwszą i na niej poprzestałam. Nienawidzę tego małego chłopca. Jest przerażający.
- Klątwa! O Boże, uwielbiam to! Oglądamy! - zawołał radośnie, odkładając laptopa na stolik.
- Jeśli będę miała przez ciebie koszmary, obiecuję, że cię poćwiartuję - syknęłam. - Idę zadzwonić do Horana.
   Wyszłam do kuchni w celu znalezienia popcornu, trzymając telefon przy uchu. Pierwszy sygnał. Cisza. Drugi. Cisza. Trzeci. O proszę, znów cisza.
- Wreszcie odebrałeś! - oburzyłam się, uderzając przy okazji o szafkę, w której znalazłam to, czego szukałam.
- Kath, um.. Wydaje mi się, że to nie najlepszy pomysł na rozmowę - usłyszałam jego zdezorientowany głos.
- O mój Boże, czy wy..? Przepraszam, Nialler! - szybko nacisnęłam czerwoną słuchawkę.
  Świetnie, Katherine. Właśnie przeszkodziłaś swoim najlepszym przyjaciołom w uprawianiu seksu. Jestem pewna, że oboje mnie za to znienawidzą.
  Zrobiłam popcorn i weszłam do salonu, w którym Liam czekał z pilotem w ręce, chcąc wreszcie zacząć oglądać.
- Możesz mi powiedzieć, co doradziłeś blondasowi? Kiedy do niego zadzwoniłam, oni.. Rozumiesz.. - Nie lubiłam rozmawiać o tych rzeczach.
- Kochali się? - zaśmiał się. - Seks na zgodę.
- Poważnie? Poradziłeś mu, że ma się z nią przespać?
- Skąd. - Wciąż nie przestawał się śmiać. Jego czekoladowe oczy błyszczały, kiedy poszerzał swoje wargi w uśmiechu. Wyglądał naprawdę słodko. - Za nim poszli do łóżka, zrobił jej romantyczną kolację.
- Och, masz szczęście - szturchnęłam go w ramię.
- Oglądamy?
- Tylko jeśli mnie obejmiesz i podasz poduszkę, którą będę mogła się zakryć, gdy na ekranie pojawi się mój ,,ulubieniec''.
- Jasne.
  Mój obrońca sięgnął na drugą kanapę po poduszkę, a następnie objął mnie ramieniem. Przysunęłam się do niego bliżej. Czy to normalne, że czułam się w jego uścisku bezpieczniej niż kiedykolwiek?
  Moje myśli rozmyły się wraz z przesuwaniem się obrazów na ekranie.
  Przez połowę filmu siedziałam z poduszką przytkniętą do twarzy i zaciśniętymi powiekami. Za każdym razem, Li chichotał pod nosem, zupełnie nie pojmując, jak ,,śliczny chłopiec'' może mnie odstraszać.
- Jak nam coś wejdzie tej nocy pod kołdrę, to umrę na zawał - skomentowałam, podążając do łazienki.
  Po prysznicu wgramoliłam się pod kołdrę, zamykając zmęczone oczy. Wczesna pobudka, sprzątanie, wkradnięcie się do domu Payne'ów i oglądanie horroru wycisnęło ze mnie trochę siły.
  Poczułam coś między nogami. Przerażona otwarłam oczy i postanowiłam podnieść kołdrę do góry. Wyskoczył spod niej Liam, krzycząc ,,buu''.
- Zamorduję cię! - powiedziałam, spoglądając na jego rozbawioną twarz.
  Był nade mną. Wyglądał cholernie uroczo, kiedy się śmiał. W świetle księżyca jego tęczówki świeciły bardziej niż zwykle. Znów pojawiła się ochota przywarcia moich ust do jego. Ale czy mogę to zrobić? Przecież mówił, że nie chce się z nikim wiązać. Traktuje mnie jako przyjaciółkę, nie jako kobietę, która może mu się podobać. Ale z drugiej strony.. Jeśli pokaże mu, co do niego czuje, może on również spojrzy na mnie inaczej?
  Zamrugałam kilka razy, po czym uśmiechnęłam się szeroko i oddałam chwili. Przysunęłam swoje usta do jego malinowych warg, łącząc je w namiętny pocałunek.

_________________________________________
Od autorki: Kochani wiem, że powinnam dodać rozdział już wczoraj, ale naprawdę nie miałam czasu. Mam nadzieję, że mi wybaczycie :*
 Jak podoba wam się szesnastka? Jejciu, już 16 rozdziałów za nami! Kiedy to minęło?! Co myślicie o wyznaniu Zayna? Co sądzicie o roztargnieniu Kath? Cieszycie się z dłuższego wątku o Horanie? Jak Liam odbierze pocałunek Katherine? Czekam na wasze propozycje! CZYTASZ=KOMENTUJESZ.
 Pytaliście jak wieczorek. Udał się, tylko mój partner ochlał się jak świnia a ja zostałam z osobami, które znałam zaledwie kilka godzin i które były starsze ode mnie o co najmniej 6 lat :) Ale nie było najgorzej. Sesja zdjęciowa też nie wypadła źle ☺
 Jeśli chcielibyście kontakt do mnie to:
• twitter
• facebook
• ask
 A teraz więcej nie zanudzam. Wielkie dzięki za 10 tysięcy! To dla mnie naprawdę dużo znaczy! Ach, i niestety nie znalazłam jeszcze powtórki całej gali. Są chyba w necie jedynie skrawki. Miłego dnia, misiaczki. x

piątek, 21 lutego 2014

Rozdział piętnasty

  Patrzył na mnie, otwierając coraz szerzej oczy. Był w dokładnie takim samym szoku co ja, kiedy usłyszałam jego słowa.
- Ja coś takiego powiedziałem? Głupia gorączka! - spuścił wzrok, zaczynając bawić się poduszką.
- Dalej nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
  Nie podniósł oczu. Wciąż siedział bawiąc się poduszką, podczas gdy mną targały emocje. Jego zachowanie niczego nie rozwiązywało, a jedynie przysparzało mi coraz większe zdenerwowanie.
- Harry, proszę. Przyjaźnimy się. Powiedz mi prawdę - prosiłam, zdobywając się na spokojny ton. - Pamiętasz naszą obietnicę o mówieniu sobie wszystkiego?
  Ani drgnął. Przysunęłam się bliżej niego i podniosłam jego podbródek, zmuszając by na mnie spojrzał. W jego zielonych tęczówkach dostrzegłam łzy, które w chwilę potem spłynęły z jego policzka. Natychmiast go przytuliłam, dobrze wiedząc czym spowodowany jest jego płacz.
- Dlaczego nigdy mi się do tego nie przyznałeś? - zapytałam, mocniej przytulając jego dobrze zbudowane ciało do swojego.
- Kath, to było zbyt trudne. Nie miałem odwagi.. - głos mu się załamywał. Dla otuchy potarłam ręką jego plecy. Wziął głęboki wdech. - Zakochałem się w tobie. Jesteś.. jesteś idealna. Uwielbiam kiedy sobie żartujemy, kiedy po raz setny pytasz mnie co mam na myśli, bo nie rozumiesz mojego toku rozumowania, robiąc się przy tym czerwona ze złości, uwielbiam to w jaki sposób mnie przytulasz, czy całujesz w policzek, uwielbiam przebywanie z tobą i łapanie się za ręce. Urzekłaś mnie już od pierwszego wejrzenia! Ale wszystko było przeciwko mnie - odsunął się ode mnie, spoglądając w oczy. - Byłaś z Zaynem. Nie widziałaś świata poza tym człowiekiem! Nie miałem szans na jakikolwiek związek z tobą - pokręcił lekko głową. - Pojawiła się nadzieja, kiedy Malik zaczął sięgać po alkohol. Obiecałem sobie, że postaram się o ciebie, pokażę ci, że umiem należycie dbać o dziewczynę. Czułem, że ci zaimponuję! Ale na moją drogę wstąpił Liam - westchnął, łapiąc mnie za dłoń. - Wiesz.. Z jednej strony bardzo się cieszyłem, że masz kogoś takiego jak on. Jest milion razy lepszą partią niż Zayn. Chciałem, żebyś była szczęśliwa. Ale z drugiej.. To cholernie bolało, bo to miałem być ja. Ja miałem spać z tobą podczas twoich koszmarów, ja miałem robić ci śniadania do łóżka, ja miałem jadać z tobą lunche i oglądać filmy na DVD - znów spuścił wzrok.
  Siedziałam, patrząc na niego z kompletną pustką w głowie. Nie wiedziałam jak mam zareagować na to, co właśnie mi wyznał. W życiu nie pomyślałam o tym, że Harry mógłby czuć do mnie coś więcej niż tylko przyjaźń.
- Nic nie powiesz? - spytał nieśmiało, unosząc lekko kąciki ust do góry.
- Hazz.. - zawahałam się, po czym mocniej ścisnęłam jego rękę. - Jestem w kompletnym szoku, pomieszanym z szczyptą wściekłości na ciebie. Czemu do cholery jasnej nigdy nie powiedziałeś mi, że na mnie lecisz, tylko pozwalałeś, bym była blisko ciebie i krzywdziła cię tym jeszcze bardziej? Dlaczego zwyczajnie nie przestałeś się ze mną przyjaźnić? Styles, draniu! Przez cały rok byłeś nieszczęśliwy z mojego powodu! - podniosłam ton, czując kumulującą się we mnie złość i poczucie winy.
- Ależ, kochanie - zaśmiał się, pocierając kciukiem moją rękę - Wcale nie byłem nieszczęśliwy. To prawda, świadomość, że nigdy nie będziesz moja, towarzyszyła mi każdego dnia, przynosząc odrobinę smutku, który ty zaraz przysłaniałaś swoją osobą i śmiechem - przejechał opuszkami palca po moim nosie, nie przestając się uśmiechać.
- I jak zwykle nic, a nic cię nie rozumiem - przewróciłam oczami. - Jesteś we mnie zakochany. Jakim cudem mój widok nie sprawia ci bólu, tylko radość? - zmarszczyłam czoło, lustrując jego twarz, z której nie znikały dwa, urocze dołeczki.
- Bo twoje uczucia są zaraźliwe. Jesteśmy jak jedność. Ty jesteś szczęśliwa, więc i ja jestem. Ty jesteś smutna, więc i ja też jestem - wytłumaczył.
- Rozumiem - skinęłam głową. - Czy mogę wiedzieć, co teraz, po tym co mi wyznałeś, będzie z naszą przyjaźnią?
- Jak to, co? Wciąż będę twoim najlepszym przyjacielem - dźgnął mnie lekko w brzuch.
- Naprawdę nie jest ci ciężko wytrzymywać z swoim uczuciem? Jeżeli chcesz, możemy ograniczyć kontakt, naszą b..
- Kath, shh - przyłożył mi swój palec do ust, przerywając moją wypowiedź. - Jestem już do wszystkiego przyzwyczajony i naprawdę mogę normalnie funkcjonować. Poza tym nie chcę cię stracić.
- Och, no dobrze - odetchnęłam z ulgą. - Ale za to, że ukrywałeś tak ważną rzecz przede mną, powinieneś dostać niezłe manto - spojrzałam na niego morderczym wzrokiem.
- Chyba znam sposób na to, żebyś mi wybaczyła.
- Co to takiego? - uniosłam jedną brew do góry.
- Wiem, że nigdy z tobą nie będę. Zdaję sobie sprawę, że lecisz na Liama i ewidentnie nie mam z nim szans, dlatego pomyślałem, że może czas spróbować wreszcie czegoś nowego. Przypomniałem sobie o Martinie, o której mi opowiadałaś. Skoro mówisz, że jest naprawdę całkiem cool, to wierzę ci na słowo.
- Naprawdę chciałbyś zaprosić ją na randkę? - odezwałam się, nie dowierzając.
- Skoro mówiła o mnie w samych superlatywach, to czemu nie?
- Cieszę się, strasznie się cieszę! Mam nadzieję, że ją polubisz równo mocno jak ja! - rzuciłam się na niego, przez co oboje spadliśmy z łóżka, lądując na podłodze.
- Hej, uważaj! Nie chcę pójść na randkę o kulach - zaczął mnie gilgotać.
- Harry przestań! Proszę, przestań! Zrobię dla ciebie wszystko, tylko już przestań! - wiłam się pod jego dotykiem jak szalona.
- Wszystko? - usiadł na mnie okrakiem, kładąc ręce na moim brzuchu.
- Już się boję - mruknęłam.
- To ja poproszę o darmowy striptiz - uśmiechnął się łobuzersko.
- Zwariowałeś! - krzyknęłam.
  Znów zaczął mnie gilgotać. Po dwóch minutach wyrwałam się z jego szponów, z desperacją biegnąc do łazienki. Ledwo zdążyłam z utrzymaniem moczu! Przeklęty, Styles!
- Dzięki, jeszcze trochę i musiałabym chodzić w twoich stringach - odparłam, wracając do jego pokoju.
- Ja.. Nie.. Ja nie mam stringów - wydukał.
  Śmiejąc się pod nosem, podeszłam do jego szafy na bieliznę i wyciągnęłam z niej czerwone stringi. Pokazałam mu je, a ten oblał się rumieńcem.
- To wcale nie jest moje! To Gemmy! Tak, to z pewnością jest Gemmy! - bronił się, zabierając ode mnie cienki materiał.
- Tak? Więc co to tutaj robi?
- Pewnie mama nie zauważyła, że wrzuciła mi bieliznę siostry.
- Ona zrobiła to z stu procentową świadomością, wiedząc, że są twoje!
- Nie, to wcale nie tak!
- Mógłbyś się już przyznać, pajacu - przewróciłam oczami.
- Więc idziesz dziś z Liamem na imprezę? - Zmienił temat, jak zwykle, kiedy czuł się przeze mnie upokorzony lub zawstydzony.
- Owszem, idę - zajęłam na powrót miejsce na łóżku.
- Tylko na siebie uważaj, bądź cały czas przy Liamie i zwracaj uwagę na to co pijesz.
- Nie mam pięciu lat, mamo.
  Posiedziałam jeszcze chwilę z przyjacielem, a następnie pożegnałam się z Anne i wróciłam do swojego mieszkania. Jak zwykle poczułam zapach jedzenia. Li chyba nie miał nic do roboty, skoro zawsze znajdywał czas na zrobienie dla nas lunchu.
- Co dziś jemy? - oparłam się o framugę drzwi, obserwując szatyna, stojącego przy garnkach.
- Makaron z warzywami, może być? - spytał, obracając się z anielskim uśmiechem w moją stronę.
- Twoja kuchnia jest zawsze nieziemsko pyszna - skomentowałam, siadając do stołu.
  Oboje zaczęliśmy jeść. Między nami panowała cisza, co było bardzo dziwne. Zazwyczaj rozmawialiśmy przy lunchu o naszym dniu w szkole, ploteczkach, bądź lamentowaliśmy nad dzisiejszym światem.
- Idziesz do sąsiadów? - odezwał się w końcu, wkładając widelec z jedzeniem do ust.
- Mhm - mruknęłam.
- Boisz się?
- Obawiam się, że niczego nie wyciągnę od pani Trishy. Skoro swoim rodzonym córkom nie wyznała pobytu ich brata, to czy ja jestem jakaś wyjątkowa, by się o tym dowiedzieć?
- Będę trzymał kciuki - uśmiechnął się do mnie lekko.
- Dzięki.
  Po posiłku wspólnie umyliśmy naczynia i schowaliśmy je do szafek. Następnie poszłam ubrać swoją szarą bluzę z znakiem batmana, wzięłam swój telefon i zeszłam na dół.
- Czy to męska bluza? - zachichotał mój opiekun, opierając się o ścianę w korytarzu.
- Nie mieli innej w sklepie, a ja naprawdę ją chciałam - wzruszyłam ramionami.
- Hmm, myślę, że kiedyś ją od ciebie pożyczę. Jest bardzo cool.
- Śnisz, kolego - rzuciłam z uniesionymi kącikami ust do góry i wyszłam z mieszkania.
  Droga do domu Malików zajęła mi niecałe dwie minuty, które były dla mnie katorgą. Serce waliło mi jak oszalałe, a myśli nie pozwalały zachować mi spokoju.
- Wejdź, kochanie. - Drzwi otwarła mi Trisha, zapraszając do środka.
  Przekroczyłam próg, czując się dziwnie nieswojo. Całkiem dawno mnie tutaj nie było. Zdążyłam już zapomnieć o cieple i uprzejmości, płynących z wnętrza.
- Napijesz się czegoś? - zapytała, uśmiechając się.
- Nie, dziękuję - odparłam, siadając na kanapie.
- Dziewczyny nie wspominały mi, że wpadniesz, ale nie myśl, że nie jesteś tutaj mile widziana. Zaraz zawołam Doniyę.
- Nie, proszę. Przyszłam porozmawiać z panią - zatrzymałam ją w pół kroku.
- O czym? - zainteresowała się, zajmując miejsce obok mnie.
- O.. Zaynie - wydukałam, nabierając powietrza w płuca. - Chciałabym wiedzieć gdzie jest, co u niego, jak się czuje, co porabia, czy kogoś sobie znalazł..
- Moje córki poprosiły cię, byś wypytała mnie o jego aktualny pobyt?
- Skądże. Ja chciałabym to wiedzieć. To naprawdę dla mnie ważne. Pani wie jak mi na nim zależy, pomimo jego uzależnienia od alkoholu - powiedziałam, patrząc w jej oczy.
- Kochanie, nie mogę ci powiedzieć. Zayn prosił, by nikt nie dowiedział się o tym, gdzie teraz przebywa, a w szczególności ty. Mogę ci jedynie zasygnalizować, że wszystko jest z nim w porządku - położyła rękę na moim ramieniu. - I wydaje mi się, że nikogo nie ma - puściła do mnie perskie oko.
- Dlaczego to jest takie ważne, by nikt się nie dowiedział? - westchnęłam, czując, że niczego nie uda mi się od niej wyciągnąć.
- Nie mam pojęcia. To wymysł mojego syna.
- Rozumiem - skinęłam głową. - No cóż, dziękuję pani za rozmowę. Niewiele się dowiedziałam, ale ważne, że nic mu nie jest i ma się dobrze. Teraz już pójdę. Miałam ciężką noc i męczący dzień, chyba się położę.
- Twoja zaspana twarz potwierdza twoje słowa - zaśmiała się, wstając.
  Wróciłam do mieszkania. Opowiedziałam Liemu, że niczego się nie dowiedziałam. Zaproponował, bym zadzwoniła do Mulata, bo zawsze może być jakiś jeden procent szansy, że odbierze. Postanowiłam zrobić to jutro, ledwo powstrzymując się od ziewania. Szatyn zaradził, bym położyła się na kilka godzin, a on obudzi mnie na czas, bym miała chwilę na przygotowanie się do wieczornej imprezy.
  Bałam się, że nieobecność mojego obrońcy sprawi, że przyśni mi się kolejny koszmar, ale nic takiego nie miało miejsca, co bardzo mnie ucieszyło. Jeśli będzie tak dalej, to Payne nie będzie musiał się więcej dla mnie poświęcać i wreszcie pójdzie spać do swojego pokoju. Z drugiej jednak strony, przyzwyczaiłam się do tego, że każdej nocy zasypiałam wtulona w jego ramiona. Jego ciepło i piękne perfumy pozwoliły mi na szybsze zaśnięcie oraz przyjemny sen. Lubiłam z nim spać, ponieważ czułam się bezpiecznie.
- Kath, pora wstawać. - Słyszałam uroczy głos Liama, jakim do mnie przemawiał, ale postanowiłam, że trochę się z nim podroczę. - Katherine Tomlinson - odparł bardziej stanowczo, potrząsając mną. Mimowolnie się uśmiechnęłam. - Hej, ty ze mną pogrywasz!
- Wcale nie - odrzekłam, wciąż mając zamknięte oczy.
- Jeszcze tego pożałujesz - zaśmiał się jak złowrogi pirat i usiadł na mnie okrakiem.
- Co ty robisz? - Otwarłam oczy.
  Nie odpowiedział nic, zaczynając mnie łaskotać. Zaczęłam się głośno śmiać i wić pod wpływem jego ciepłych rąk. Najpierw Styles, teraz Payne!
- Liam, przestań! Zaraz będzie tutaj wielka, mokra plama! Będziesz spał w sikach! - krzyczałam, próbując opanować śmiech.
- Przypominam ci, że ja mam swój pokój - odparł, uśmiechając się cwaniacko.
- A ja kanapę.
- To ją zasikam - wzruszył ramionami, na chwilę przestając mnie gilgotać.
- Li, jesteś najseksowniejszym ciachem, jakie stąpa po naszej ziemi! Proszę, daj mi już spokój. Hazza dość mnie wymęczył, kiedy dziś u niego byłam - poprosiłam z miną zbitego psa.
- Okej, chyba nie chcę wiedzieć co robiliście. - Zszedł ze mnie, kierując się do drzwi.
- Nic złego, bałwanie! - rzuciłam za nim, wstając z łóżka.
  Usłyszałam jego chichot, oznaczający ,,strzeż się, bo możesz pożałować nazywania mnie bałwanem''. Przewróciłam tylko oczami i podeszłam do szafy. Zabrałam z niej krótką, miętową sukienkę z wyciętym sercem na plecach, a następnie udałam się do łazienki wziąć prysznic.
  Około dziewiętnastej zeszłam na dół, wreszcie gotowa, po wielokrotnym poprawianiu swoich długich, brązowych włosów. Na moje oko wyglądałam całkiem ładnie.
- Mój Boże - jęknął szatyn, kiedy weszłam do kuchni, trzymając w ręce czarne szpilki.
- Coś nie tak? - zmarszczyłam czoło, przyglądając się jego twarzy.
- Wyglądasz.. zjawiskowo - skomentował, gwiżdżąc i klaszcząc.
- Najprzystojniejszy chłopak na świecie, nie może pokazywać się z byle kim - uśmiechnęłam się, odkładając buty na podłogę. - Mamy coś szybkiego do zjedzenia? Jestem strasznie głodna.
- Kiedy spałaś, poszedłem po zakupy. Powinnaś coś dla siebie znaleźć - odparł, wciąż otaksowując mnie wzrokiem.
- Skąd wziąłeś pieniądze? - zapytałam, zaglądając do lodówki.
- Z swojej kieszeni.
- Liam, oszalałeś? - gwałtownie odwróciłam się przodem do niego. - Jesteś tutaj gościem, pamiętasz? I tak dużo już dla mnie robisz, gotując każdego dnia lunch - pokręciłam głową.
- Spokojnie, Kath. Mam odłożonych trochę pieniędzy - uśmiechnął się. - Wyglądasz naprawdę uroczo, kiedy tak marszczysz czoło.
- Woah, ale to zrymowałeś! - klasnęłam w dłonie. - Jak długo myślałeś nad tym tekstem?
- Właściwie to sekundę.
- Nie wierzę!
  Po zjedzeniu tostów, wyszliśmy na zewnątrz. Miałam na sobie jedynie czarną, skórzaną kurtkę, zupełnie jak Li, więc zrobiło mi się zimno. Próbowałam tego nie okazywać, ale moje dreszcze nie uszły uwadze idącego obok mnie chłopaka. Natychmiast objął mnie swoim ramieniem, pocierając dłonią moją rękę.
- Cieplej?
- Tak, dziękuję.
  Z jednej strony naprawdę nie chciałam, żeby Payne cały czas o mnie dbał. Za bardzo się już dla mnie poświęcał. Jednak z drugiej.. Jego dotyk jest mi tak cholernie potrzebny! Za każdym razem, kiedy jego ciało zetknie się z moim, czuję nie tylko bezpieczeństwo, ale również motylki w brzuchu i wielkie pragnienie bycia jeszcze bliżej. Muszę naprawdę nauczyć się kontrolować moje pożądanie.
                                            ***
  Impreza była świetna. Okej, przez pierwsze pół godziny. Bawiłam się naprawdę dobrze, popijając wódkę jakimś bananowym sokiem z supermarketu, czy tańcząc na parkiecie z kim popadnie. Chłopacy nie odrywali ode mnie wzroku! A Liam cały czas był w pobliżu, choć prosiłam go, by zaczął wreszcie korzystać z życia. Jak zwykle mnie nie słuchał.
  Co takiego zepsuło imprezę? Moje ukochane buty. To właśnie przez nie się potknęłam, wychodząc na taras. W ostatniej chwili złapał mnie Li, który przecież trzymał się blisko mnie. Natychmiast wziął mnie na ręce i opuścił mieszkanie przyjaciela, uprzedzając gospodarza o zaistniałej sytuacji. Nie próbowałam nawet protestować, bo wiedziałam, że nie będzie efektów. Skorzystałam jednak z okazji i owinęłam swoje ręce wokół jego szyi, opierając policzek o jego klatę.
- Przepraszam - szepnęłam.
- Za co? - spojrzał na mnie zmartwiony.
- Za zepsucie ci zabawy. Mogłeś tam zostać. Zamówiłabym sobie taksówkę i wróciła bezpiecznie do domu.
- Naprawdę sądzisz, że jakaś impreza, która odbywa się co tydzień, jest ważniejsza od ciebie? - przewrócił oczami.
  Zamilkliśmy. W chwilę potem zobaczyłam moje mieszkanie. Szatyn otworzył kluczem drzwi i weszliśmy do środka.
- Postaw mnie już.
- Nie ma mowy. Odniosę cię do łóżka, madame.
  Westchnęłam bezradnie. Przebywanie ze mną uczyło go upartości, więc nie było szans, żeby dłużej się z nim spierać. Po prostu czekałam aż znajdę się w swoim pokoju, co stało się zaledwie minutę później.
- Jak ci się udało nieść mnie całą drogę i ani razu nie zamarudzić?
- Widzisz te mięśnie? - pokazał na swoje ramię. - Prawie nie czułem, że mam cię na rękach.
- Och - zachichotałam. - Odpocznij, proszę. Na pewno jednak odrobinę się zmęczyłeś. Od domu Andy'ego nie mamy zbyt blisko.
- Jasne, zaraz tutaj wrócę.
  Opuścił pokój. Skorzystałam z okazji i zdjęłam swoje przeklęte, czarne szpilki oraz miętową sukienkę. Wrzuciłam na siebie dresy, a także bluzkę z znakiem batmana i poszłam do łazienki. Weszłam do jej środka i zauważyłam Liama, stojącego przy umywalce, bez koszulki.
- Oops, prze.. przepraszam - jęknęłam, kierując swój wzrok na jego wyrzeźbiony brzuch.
- Widzisz jakie to uczucie, zwalać kogoś z nóg? - zaśmiał się, wypluwając pastę do zębów.
  Stałam jak zahipnotyzowana, dopóki nie opuścił pomieszczenia. Dzielił nas dość duży dystans, za co dziękowałam wszelkim niebiosom. Obawiam się, że gdybym znalazła się kilka centymetrów bliżej jego ciała, mogłabym zrobić coś głupiego, czego żałowałabym do końca swojego życia.
  Wróciłam do pokoju i mocno wtuliłam się w ramiona mojego obrońcy, układając głowę jak najbliżej jego klatki piersiowej. Tylko nie patrz na jego usta, tylko nie patrz na jego usta, powtarzałam sobie w myślach, zagryzając policzki.
  Śnił mi się Malik. Nie, nie jako morderca. Śniło mi się, że do niego zadzwoniłam. Rozmawialiśmy, i to całkiem długo. Nie mogłam sobie jednak przypomnieć, o czym. Niewiele się zastanawiając, zaraz po otwarciu oczu, sięgnęłam po telefon i wyszłam z nim na korytarz, siadając na schodach. Liam wciąż spał, więc nie chcąc go budzić, próbowałam zachowywać się naprawdę cicho.
  Pierwszy sygnał. Nic. Drugi sygnał. Nic. Trzeci sygnał. Nic. Czwarty sygnał..
- Zayn? - szepnęłam, wiedząc, że podniósł słuchawkę.

_____________________________________
Od autorki: Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Rozdział miał się pojawić wczoraj, ale zabrakło mi czasu. Sprzątanie, przymierzanie sukienek, uczenie się na historię, a później wyszłam z laskami. Mam jednak wielką nadzieję, że się nie gniewacie :*
 Jak podoba wam się piętnastka? Spodziewaliście się, że tym razem zrobię coś po waszej myśli i Harry przyzna się do swojego uczucia? Czy poradzą sobie z swoją przyjaźnią po wyznaniu loczka? Co sądzicie o reakcji Liama na Kath i Kath na Liama? Gdzie podziewa się Malik? Czy po słowach Katherine Zayn rozłączy się, czy z nią porozmawia? Czekam na wasze propozycje! CZYTASZ=KOMENTUJESZ.
 Kto nie oglądał gali BRITS Awards - mocno polecam! Pijany Liam, wygłupiający się Lilo, Harry i jego ,,byłem siku'' & ,,what did we win?'', nieziemsko wyglądające One Direction, ZIAM MOMENT i przepiękny występ Ellie. Akustyczne I need your love było naprawdę świetne! Ps śmiałam się z Hazzy dobrą godzinę i cały wczorajszy dzień :D
 Okej, nie zanudzam więcej. Trzymajcie za mnie kciuki, żebym dobrze wypadła, bo idę jutro na wieczorek, a dziś na zdjęcia z Olą! Miłego dnia, parówki. x